|
,,Uczestniczyć
w liturgii" to znaczy także współdziałać i współtworzyć ją,
czynnie się w niej angażując! To właśnie robimy my, ministranci w parafii Chrystusa Króla
i Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Rawiczu. Poprzez naszą służbę
przy ołtarzu nie tylko uczestniczymy w Mszy świętej, czy innych nabożeństwach,
ale współtworzymy Je. Sam
termin ministrant pochodzi od łacińskiego słowa ministrare, co oznacza "służyć, pomagać". Każdy z nas
autentycznie służy Bogu, kiedy przyczyniamy się do tego, aby liturgia była
piękna. Słowo ministrant wskazuje szczególnie na służbę we Mszy św.
Ministrant jest pomocnikiem przy sprawowaniu Mszy św. i podczas innych nabożeństw
liturgicznych. Ministrant usługuje księdzu, gdy przygotowywany jest ołtarz
i dary ofiarne potrzebne do ofiary Mszy świętej. Możemy być bliżej
Chrystusa, służyć Jemu i nosić określone przedmioty potrzebne podczas
nabożeństw, dzwonić dzwonkami i co najważniejsze czytać Słowo
Chrystusowe. Nasza służba przy ołtarzu pozwala nam przybliżyć się
bardziej do Boga, nawiązać z Nim bardzo silną więź. Każdy z nas stara się
wykonywać wszystkie czynności przy ołtarzu w skupieniu, tak „by nasze
oczy były zwrócone na ołtarz, a serce oddane tylko Bogu”. Nasza służba
nie poleganie jedynie na usługiwaniu księdzu, ministrantem jest się cały
czas, nie tylko w kościele. Poprzez naszą postawę w domu, szkole, na boisku
z kolegami świadczymy o Chrystusie. Poprzez nasze zachowanie się w kościele
i poza nim staramy się przybliżyć ludziom ważność służenia. Dla nas
bycie ministrantem jest bardzo wielką radością, bo przez swoją służbę
ukazujemy, że każde nabożeństwo jest nie tylko sprawą kapłana, lecz
sprawą całej parafii i wszystkich wiernych. Dlatego nasza służba
powinna być wykonywana wzorowo, wymaga to od nas czasami naprawdę bardzo
wiele wyrzeczeń, ale mamy taką świadomość, że służymy samemu Bogu i
ludziom, ta świadomość nas umacnia. Każdy z nas jest naprawdę bardzo
dumny, że może służyć Bogu przy ołtarzu. Ministranci zostali powołani do tego, aby służyć Bogu przy
ołtarzu. Można powiedzieć, że nasza służba zaczęła się bardzo dawno
temu. W narodzie izraelskim było jedno pokolenie wybrane do służby w świątyni
- pokolenie Lewiego. Później, już po zmartwychwstaniu Jezusa Kościół
prowadził intensywną ewangelizację. Apostołowie potrzebowali więc kogoś
do posługiwania wiernym. Wybrali, więc siedmiu pomocników i nazwali ich
diakonami, to znaczy sługami. Gdy wspólnoty chrześcijańskie stawały się
coraz większe, wszystko, co było do wykonania, dzielono w formie różnych
zadań pomiędzy członków danej wspólnoty. W ten sposób można w
kilku słowach przedstawić ministrantów i naszą działalność. Ministranci są bardzo zorganizowaną grupą. Jesteśmy w każdej
parafii. Mamy swoje władze regionalne w dekanatach, jak również zarząd
ministrancki w każdej diecezji. Pozwala to nam na wspólne spotkania
formacyjne, podczas których nie tylko uczymy się jak pełnić służbę przy
ołtarzu, ale przede wszystkim pogłębiamy naszą więź z Jezusem. Spotykamy
się na różnorakich kursach i rekolekcjach, które organizowane są przez
nasz zarząd. Każda grupa ministrantów w parafii ma swojego opiekuna, którym
jest ksiądz. Spotykamy się na
zbiórkach, podczas których modlimy się i pogłębiamy nasza wiedzę
religijną. Michał KRÓLUJ
NAM CHRYSTE!
Hubert Adamiak Mateusz Wrąbel Paweł Lisiecki ur. 01.09.2000 ur. 19.01.1995 ur. 08.05.1995
Cezary Bober Fabian Jagodziński Michał Góźdź ur. 01.08.1995 ur. 15.03.1995 ur. 19.05.1998
Tomasz Kaczmarek Bartosz Wojtkowiak Mateusz Popiel ur. 12.08.1996 ur. 28.05.1995 ur. 16.06.1999
Tobiasz Ranka Jakub Superczyński Dawid Pudliszak ur. 13.08.1997 ur. 16.10.1998 ur. 19.04.1990
Dominik Chodorowski Paweł Szczepaniak Robert Białecki ur. 08.08.1998 ur. 24.05.1994 ur. 20.09.2000
Dawid Pieprzyk Mikołaj Popiel Adam Superczyński ur. 23.01.1999 ur. 08.08.2000 ur. 26.09.1994
Filip Chodorowski ur. 18.11.1994 Pogadanki
wstępne.
II ZASADY
MINISTRANTA
ZASADA III MINISTRANT ZWALCZA SWOJE WADY I PRACUJE NAD SWYM CHARAKTEREM.O b j a ś n i e n i e z a s a d y. W III zasadzie ministranta chodzi o zachęcenie go do pracy nad sobą. To bardzo trudna praca. Każdy opiekun ministrantów często spostrzega, że jego chłopcy, nawet ci, którzy chętnie się spowiadają, uczestniczą w rekolekcjach i dniach skupienia, przeżywają te praktyki, jako coś narzuconego, coś zewnętrznego. Tymczasem w tych praktykach religijnych chodzi o ich własny wysiłek, świadomą pracę nad sobą, o aktywną postawę wobec siebie. Tylko taka postawa psychiczna może przemieniać chłopców. Jeżeli bywa tak, że po kilku latach pełnienia obowiązków ministranckich, chłopcy nie stają się lepsi, to główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest prawdopodobnie fakt, że nigdy nie zaczęli sami pracować nad sobą. Tragedią współczesnego świata jest nie nadążanie kultury duchowej za kulturą materialną, przecenianie ludzkiego poznania przy równoczesnym niedorozwoju moralnym. Wcześniej czy później ludzkość zrozumie, że jedno jest tylko wyjście z tego impasu: Przeniesienie punktu ciężkości w edukacji z przyswajania wiadomości na kształtowanie charakteru. Szkoła / nawet lekcje religii / nastawiona jest na zdobywanie wiedzy. Opiekun ministrantów winien zwrócić szczególną uwagę na wychowywanie, a później na zdobywanie wiedzy . P o g a d a n k a p i e r w s z a. KONIECZNOŚĆ PRACY NAD SOBĄ. Młodzi chłopcy najchętniej zajmują się sportem. Was – drodzy chłopcy – sport też interesuje. Może znacie dobrze przepisy gry w piłkę nożną. Niejeden z was powiedziałby mi, kto jest najlepszym polskim bramkarzem, kto strzela najpiękniejsze bramki, kto z piłkarzy polskich gra w klubach zagranicznych itd. W sprawach sportowych orientujecie się świetnie. Jest jednak ktoś, kogo powinniście znać doskonale, a znacie go pobieżnie, albo nie znacie go wcale. O kogo chodzi? O ciebie…o ciebie… o każdego z was. Drodzy chłopcy wy znacie siebie bardzo mało, albo nie znacie siebie wcale. Może to dziwne, lecz niestety prawdziwe. A przecież to wstyd, by młody chłopiec, który świetnie orientuje się w sporcie, w geografii, w historii nie znał własnego serca, nie znał siebie. Na frontowej ścianie świątyni delfickiej Grecy umieścili następujący napis; „Poznaj samego siebie”. Tak1 Poznaj samego siebie. Poznaj swoje serce. To sprawa niezwykle ważna. Wszyscy wiemy, że tylko ten kierowca potrafi bezpiecznie jeździć, który zna swój pojazd, który wiej, jak regulować dopływ gazu, jak hamować, jak zmieniać biegi. Kierowca, który nie zna swojego pojazdu spowoduje wypadek, narażając swoje życie i zdrowie oraz niszcząc pojazd. Tak samo chłopiec, jeśli nie pozna siebie, swego serca może spowodować katastrofę własnego życia, gdyż tkwią w nim siły, które ściągają go w dół, które pchają go do złego. Dlatego – drodzy chłopcy – by uniknąć katastrofy w życiu, trzeba koniecznie poznać samego siebie. Trzecia zasada: „Ministrant zwalcza swoje wady i pracuje nad swym charakterem”, wskaże wam sposób dojścia do celu – do poznania siebie. Jeden malarzy włoskich namalował wstrząsający obraz: Ludzkie serce, a nim pełzające żmije. Chciał w ten sposób wyrazić prawdę o grzechu pierworodnym. Wiemy z katechizmu, że gdy pierwsi rodzice przekroczyli Boży zakaz i zgrzeszyli w ich sercach nastąpiła tragiczna przemiana. To serce, które dawniej lgnęło do Boga teraz zaczęło wyraźnie lgnąć do złego. Co się stało? Pojawiły się w sercu ludzkim wady i złe skłonności, które wspomniany malarz przedstawił, jako syczące żmije. To serce obciążone wadami, skłonne do złego, pierwsi rodzice przekazali nam. Dlatego tak trudno jest być dobrym. Wiesz np., że twoim obowiązkiem, po powrocie ze szkoły jest odrabianie lekcji. Otwierasz zeszyt, bierzesz długopis i zabierasz się do odrabiania lekcji. Nagle słyszysz 3 krótkie gwizdy, Rzucasz odrabianie lekcji i biegniesz do kolegi. Ten stoi pod drzewem i przerzuca piłkę z nogi na nogę. - Idziesz grać? Staszek i Benek już są na boisku…Razem będzie dwunastu. Nie wiesz, co odpowiedzieć. Przed twoimi oczami staje boisko, bramka i 12 graczy. Widzisz nawet, jak Staszek prowadzi piłkę skrzydłem, podaje, ty ją przejmujesz, mijasz dwóch obrońców, strzelasz i gol… Już chcesz iść z kolegą, ale coś ci mówi w głębi duszy: „Są do odrobienia lekcje … obowiązek. Jeszcze przez moment się wahasz. W końcu zwycięża piłka. Zamiast pisać wypracowanie, idziesz kopać piłkę. Chciałeś postąpić dobrze i spełnić swój obowiązek, a jednak go nie spełniłeś. Wiesz, że nie wolno kłamać, a jednak kłamiesz. Rodzicom trzeba być posłusznym. A czy zawsze jesteś im posłuszny? Dlaczego tak dziwnie postępujesz? Dlaczego widzisz dobre rzeczy i pomijasz je, a wybierasz złe? Odpowiedź jest prosta. W naszym sercu tkwią niewidzialne siły, jakieś tajemne moce, które pchają do złego, do grzechu. Siłami tymi są nasze złe skłonności czyli wady: Egoizm, lenistwo, kłamstwo itp. I z tymi wadami musimy walczyć. Pierwsze zarazki gruźlicy nie są groźne dla organizmu, ale jeśli ich się nie zwalczy od razu, jeśli pozwoli im się rozmnażać, obejmą całe płuca, zagrożą życiu i człowiek umiera. Tak samo jest z naszymi wadami. Z początku są małe, nawet nie groźne, ale gdy się rozrosną i zapuszczą korzenie, mogą spowodować katastrofę. Niedawno gazety podały przerażającą wiadomość. W jednej ze wsi rozgniewany ojciec rodziny chwycił za siekierę, zabił swoją żonę i dwuletniego synka, a potem sam wskoczył do studni i się utopił. Oto, do jak strasznej zbrodni doprowadziła jedna nieopanowana namiętność – gniew. Gdyby trochę pracował nad sobą i starał się opanować swój gniew, na pewno nie popełniłby tak strasznej zbrodni. Tak samo Judasz, gdyby walczył w młodości z chciwością, nie skończyłby tak marnie. Niestety, Judasz nie walczył ze swoją wadą. Chciwość opanowała go do tego stopnia, że zdecydował się na krok hańbiący – na zdradę Pana Jezusa, a potem na rozpacz i samobójstwo. Następne pogadanki ukażą nam sposoby walki z wadami. ks. mgr Bernard Twardowski
GODNOŚĆ
MINISTRANTA. W roku1888 obchodzono w Rzymie wielką uroczystość – złoty jubileusz kapłaństwa Ojca św. Leona XIII. Na plac i do bazyliki św. Piotra napływały tysiączne rzesze wiernych z całego świata. Wszędzie panował tłok i ruch. W zakrystii istne mrowisko. Jedni księża wychodzili ze Mszą św., a inni wracali od ołtarza. Były to czasy, gdy nie odprawiano Mszy św. koncelebrowanej. Każdy kapłan odprawiał Mszę św. indywidualnie i do każdej Mszy św. .powinien służyć ministrant. Jednym kapłanom trzeba było pomóc w ubieraniu się, a innym w rozbieraniu się. Zakrystian nie miał chwili spoczynku, a ministranci usługiwali do Mszy św. bez wytchnienia; lecz było ich stale za mało. Pewien młody kapłan ubrany w ornat z kielichem w ręku rozglądał się właśnie szukając wolnego ministranta. Zatrzymał zakrytianina, lecz ten bezradnie rozłożył ręce i powiedział: - Nie mam czasu i ministrantów też nie ma. Jak się któryś znajdzie to zaraz go księdzu przyślę! Ksiądz czekał cierpliwie. Bez ministranta nie wolno mu było przecież odprawić Mszy św. Wtem zjawia się przy nim starszy kapłan. - Czy ksiądz czeka na ministranta? – pyta. Jeśli tak, to wątpię czy ksiądz się doczeka. Taki tu ruch, tyle tu Mszy św. odprawia się równocześnie .Niech się ksiądz zgodzi mnie wziąć za ministranta. Muszę wam powiedzieć, że ten starszy kapłan był biskupem. Młody kapłan wiedział o tym. Z szacunkiem skłonił głowę i odpowiedział: - Wasza Ekscelencja wybaczy, ale nie ośmielę się skorzystać z tej propozycji…Jakże to! Biskup książę Kościoła będzie mi usługiwał do Mszy św., mnie zwykłemu, skromnemu kapłanowi? - A dlaczego by nie, - dziwi się biskup – przecież ja potrafię służyć do Mszy św. - Nie wątpię, Ekscelencjo, ale przecież a nie jestem godzien tego…Taki zaszczyt…nie…nie… to niemożliwe… Jednak ksiądz biskup ujmuje delikatnie kapłana za ramię i tak się odzywa: - Mylisz się, przyjacielu. Jesteś godzien, aby podczas twojej Mszy św. usługiwał ci nie tylko biskup, ale nawet większy dostojnik kościelny. Każdy kapłan jest tego godzien…Bo przecież ministrant nie służy kapłanowi, ale służy przy ołtarzu Najwyższemu Panu, służy przy Najświętszej Ofierze Eucharystycznej…Taka służba to zaszczyt, to wielki zaszczyt dla ministranta. Nie sprzeczajmy się więc dłużej, lecz chodźmy do ołtarza.
Zanim młody kapłan zdołał
cokolwiek odpowiedzieć, biskup wziął mszał i szedł przed nim do bocznego
ołtarza. Był to 50-letni biskup, późniejszy papież: św. Pius X, który służył
do Mszy św. młodemu kapłanowi. Klęczał na najniższym stopniu ołtarza,
odmawiał ministranturę, przenosił mszał, podawał kapłanowi wodę i wino. Drodzy chłopcy! Zapewne dziwicie się temu zdarzeniu. Młody kapłan też był zdziwiony. A biskup uważał to za rzecz normalną, za zaszczyt dla siebie. Biskup rozumiał, czym jest Msza św. i co to znaczy służyć do Mszy św. Drodzy chłopcy! I wy powinniście dobrze zrozumieć, że Msza św. To, coś najważniejszego na świecie. To ofiara Boga – Człowieka, którą złożył w krwawy sposób na Kalwarii, a teraz uobecnia w bezkrwawy sposób na ołtarzach. Przez tę ofiarę chce nas ludzi zbawić, wysłużyć nam niebo i dać wieczne szczęście. Wypada, więc chłopcy, w skupieniu i z powagą brać udział w tej Najświętszej Ofierze. Mało powiedzieć :brać udział, bo przecież wy razem z kapłanem uczestniczycie we Mszy św. Tak, to nie są żarty. Zastanówcie się nad tym wy, jako ministranci, nad waszą rolą, nad waszą godnością. Wy wspólnie z kapłanem spełniacie Najświętszą ofiarę. Jesteście świadkami, jak Pan Jezus żywy i prawdziwy staje się obecny pod postaciami chleba i wina na ołtarzu. Wy otrzymujecie najwięcej łask po kapłanie. Jesteście przedstawicielami i delegatami ludzi. W ich imieniu spełniacie najświętsze czynności. Lud Boży cieszy się, widząc was ubranych w białe komeżki i pobożnie klęczących przy ołtarzu. Spodziewają się ludzie, że Ofiara Eucharystyczna, przy której tak blisko jesteście będzie przyjęta przez Boga i że Pan Jezus wysłucha waszych dziecięcych, czystych serc. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa nie wolno było służyć do Mszy św. nie tylko chłopcom, ale i starszym panom, którym nie udzielono specjalnych święceń. Dziś święceń nie potrzeba. Do służby ołtarza jednak mogą być dopuszczeni tylko ci, którzy mają powołanie; ci, których sam Pan Jezus do tego wezwał. Dziwi was to, może, chłopcy, ale tak jest. I was też Pan Jezus powołał i wybrał spośród wielu innych chłopców. Powiecie może: - My nie widzieliśmy Pana Jezusa, nie słyszeliśmy Jego głosu. Sami przyszliśmy służyć do Mszy św. - Tak, ale choć Pan Jezus do was wyraźnie nie mówił, to jednak dał wam to umiłowanie służenia do Mszy św.. Dał wam to coś, co was skłoniło, że z chęcią przychodzicie do kościoła. Dlaczego wielu waszych kolegów nie jest ministrantami? Bo oni do tego nie mają zamiłowania. Ich to nie interesuje. Ich Pan Jezus nie wezwał. A was wezwał, wybrał i ukochał. Wy spodobaliście się Jemu. Pamiętajcie chłopcy o wielkim waszym powołaniu do sprawowania świętych czynności podczas Mszy św. Pamiętajcie, że nie jesteście byle kimś. Jesteście wybrani przez Pana Jezusa. Jesteście delegatami i zastępcami Ludu Bożego przy sprawowaniu Najśw. Ofiary Eucharystycznej. Nie możecie, drodzy chłopcy, zawieść pokładanych w was nadziei. Musicie dobrze wywiązywać się ze swoich zadań ministranckich. Te zadania są wielkie, ale i obowiązki wasze są też wielkie i poważne. Pomogą wam w tym zasady ministranta, o których będziemy mówili w następnych pogadankach. II POZDROWIENIE MINISTRANCKIE
Zanim będziemy mówić o zasadach ministranta, powiem wam dziś o ministranckim pozdrowieniu, które brzmi: KRÓLUJ NAM CHRYSTE . Był rok 1831.Stolica Belgii, Bruksela, od kilku tygodni przygotowywała się do godnego powitania nowego króla Belgów Leopolda I. Powiewające flagi, wzniesione bramy i łuki triumfalne - zdobiły miasto, aby podkreślić ważność zbliżającej się chwili, w której nowy władca zasiądzie na tronie. Wreszcie nadchodzi długo oczekiwany dzień. Na ulice miasta wychodzą tłumy ludzi, którzy pragną podziwiać przepych dworu nowego monarchy. Na jednym z balkonów siedzi młody, przystojny mężczyzna. Niedawno ukończył z wielkim powodzeniem studia prawnicze i marzy o jakimś wysokim stanowisku państwowym. Nazywa się Dechamps. Z pewną niecierpliwością czeka Dechamps na orszak królewski. - Jadą ! – krzyknął ktoś. - Jadą ! – powtórzyły, jakby na komendę tłumy. Dechamps uniósł się z krzesełka, bo istotnie na główną ulicę Brukseli wjeżdżał królewski orszak. Widok z balkonu był imponujący. Wśród wiwatów i okrzyków wspaniały pochód powoli kroczył do przodu, a rozentuzjazmowane tłumy kwiatami obrzucały nowego monarchę. Orkiestra grała takty marsza za marszem, a nad głowami zebranych majestatycznie powiewały flagi państwowe. Dechamps stał i patrzał… Po kilkunastu minutach okrzyki osłabły, a potem zupełnie umilkły. Gdzieś w oddali orszak zniknął zupełnie. Jedynie tu i ówdzie na ulicy leżały bezładnie podeptane kwiaty. - Król przeszedł… przeminął… Ludzie też przeszli… przeminęli… Takie myśli opanowały teraz duszę młodego Dechamps’a. A więc wszystko przemija ,kończy się. Może 10, może 20, może 30 lat i…wszystko się skończy!? Młody prawnik pogrążony w myślach schodzi wolno z balkonu. Po kilku miesiącach zgłasza się do seminarium duchownego i rozpoczyna życie w służbie Chrystusa Króla na wieki. Takie są w skrócie dzieje powołania kapłańskiego kardynała Dechamps’a, arcybiskupa Malines w Belgii. W dawnych wiekach rycerze służyli królowi i chlubili się tym więcej, im król był mocniejszy i potężniejszy. Wy – ministranci – służycie
Królowi największemu i najpotężniejszemu ze wszystkich, i to powinno was
napawać dumą i radością. 27 listopada 1927 roku żołnierze meksykańscy prowadzili na rozstrzelanie młodego jezuitę O. Pro. Był on znanym i w całym mieście cenionym jałmużnikiem i opiekunem ubogich. Został skazany na śmierć za to, że gorliwie spełniał funkcje kapłańskie, że spowiadał, że udzielał sakramentów świętych i że głosił rekolekcje. Przed egzekucją o. Pro powiedział, że umiera niewinnie i że przebaczał z całego serca wszystkim nieprzyjaciołom. Następnie stanął pod murem z jakąś dziwną pogodą ducha w sercu, rozłożył ramiona na kształt krzyża i patrząc w lufy karabinów zawołał: - Króluj nam Chryste! Niech żyje Chrystus Król! Chwilę później już nie żył. Pięć kul przeszyło mu piersi. KRÓLUJ NAM CHRYSTE! Ostatnie słowa O. Pro są pozdrowieniem ministranckim. Króluj nam Chryste! Odpowiadamy: Zawsze i wszędzie! Ministranci tyle razy nimi się pozdrawiają. Co one oznaczają? Pozdrowienie : KRÓLUJ NAM CHRYSTE oznacza najpierw to, że ministrant pragnie, aby Chrystus królował w jego sercu. Serce ministranta ma być małym tronem dla Chrystusa Króla. Będzie nim, jeśli życie ministranta będzie naprawdę dobre ,to znaczy wolne od grzechu śmiertelnego. Nasze pogadanki mają nas nauczyć takiego pięknego życia. Starajmy się – drodzy chłopcy – korzystać z nich jak najlepiej . Pozdrowienie: KRÓLUJ NAM CHRYSTE oznacza również to, że ministrant stara się, aby Chrystus królował w sercach innych ludzi. Mówimy przecież wyraźnie: ZAWSZE WSZĘDZIE. Dobry przykład i wzorowa modlitwa mogą sprawić, że Chrystusowe Królestwo obejmie wszystkich ludzi. Dobrym postępowaniem może ministrant zdobywać serca swoich kolegów dla Chrystusa, a dobrą modlitwą może ministrant zdobywać serca wszystkich ludzi dla Chrystusa. Modlitwą bowiem można wyprosić dla niejednego człowieka łaskę dobrego życia. Drodzy chłopcy! Zapamiętajcie sobie dobrze, co oznacza nasze piękne pozdrowienie ministranckie. Wymawiajcie je z szacunkiem i uwagą: Starajcie się, aby Chrystus Król naprawdę królował w waszych sercach, a przez was w sercach innych ludzi.
Ć w i c z e n i e p r a k t y c z n e: Ministranci pozdrawiają księży, siostry zakonne i kolegów ministrantów słowami: KRÓLUJ NAM CHRYSTE ! III ZASADY
MINISTRANTA Mitologia grecka opowiada, że na wyspie Krecie wznosił się kiedyś wspaniały gmach zwany labiryntem. Było w nim tyle błędnych korytarzy, tyle zaułków, że ktokolwiek weń się zapuścił ,przepadał na zawsze ,bo nie umiał odnaleźć powrotnej drogi. Panem i stróżem tej potężnej budowli był straszny potwór o byczej głowie, zwany Minotaurem. Wyobraźcie sobie, że żywił się tylko ludźmi. Co pewien czas przynoszono mu na pożarcie siedmiu chłopców i siedem dziewcząt. Matki umierały z żalu i rozpaczy za dziećmi, a wstrętny Minotaur pasł się coraz bardziej. Pewnego dnia młody ,ateński chłopiec imieniem Tezeusz postanowił zabić tajemniczego smoka. Wziął więc duży miecz, tarczę i puścił się w drogę. Przy pożegnaniu otrzymał od młodej królewny Ariadny kłębek nici i pouczenie, co ma robić, by nie zbłądzić w gmatwaninie korytarzy i schodów. Gdy już dotarł Tezeusz do labiryntu, wyjął z kieszeni kłębek nici i zahaczył początek nitki o drzwi. W miarę, jak się zapuszczał w ciemne korytarze potężnego labiryntu, kłębek nici stawał się coraz mniejszy, ale rozwijająca się nić znaczyła powrotną drogę. Nim skończyły się ostatnie metry nitki, Tezeusz dotarł do celu. Straszny Minotaur leżał przy ludzkich kościach i spał twardym snem. Tezeusz nie przeląkł się jednak, ale odważnie dobył miecz i rozpoczął zwycięską walkę, aż w końcu odciął Minotaurowi głowę. Uradowany i dumny z siebie wychodził Tezeusz z labiryntu ,nawijając z powrotem nić na kłębek. Drodzy chłopcy! Nasze życie tu na ziemi, to też taki wielki labirynt. Tyle w nim krętych ścieżek, tyle w nim błędnych dróg ,że łatwo można zabłądzić. I wielu ludzi zabłądziło… Tylu przecież mamy dzisiaj chuliganów, pijaków, złodziei, narkomanów. Co robić, aby nie zabłądzić? Trzeba mieć taką tajemniczą nić Ariadny, jaką miał Tezeusz. Ministranci ją mają. Tak mini ministranci mają taką cudowną nić i jeśli będą się jej trzymać, na pewno nie zabłądzą. Czy wiecie chłopcy, co jest tą nicią? Tak, tą nicią są zasady ministranta O waszym patronie, świętym Stanisławie Kostce mówiono, że był chłopcem z zasadami. Co to znaczy, że św. Stanisław był chłopcem z zasadami. To znaczy, że miał on pewne reguły, tzn. pewne stałe normy dobrego postępowania i wiernie się ich w życiu trzymał. Ministranci mają też swoje normy, swoje reguły, które nazywają zasadami. Jest ich dziesięć. Oto one: 1.Ministrant kocha Boga i dla Jego chwały wzorowo spełnia swoje obowiązki 2.Ministrant służy Chrystusowi w ludziach. 3.Ministrant zwalcza swoje wady i pracuje nad swym charakterem. 4.Ministrant rozwija w sobie życie Boże. 5.Ministrant poznaje liturgię i nią żyje. 6.Ministrant wnosi wszędzie prawdziwą radość. 7.Ministrant przeżywa Boga w przyrodzie. 8.Ministrant zdobywa kolegów w pracy i zabawie dla Chrystusa. 9.Ministrant jest pilny i sumienny w nauce i pracy zawodowej. 10.Minitrant modli się za Ojczyznę i służy jej rzetelną pracą.
Zasad tych trzeba się dobrze wyuczyć na pamięć. Na naszych spotkaniach będziemy je szczegółowo omawiać i tłumaczyć. Każdy bowiem ministrant powinien je dobrze znać, rozumieć i wprowadzać w swoje życie. Na wiosnę, gdy na dworze jest już ciepło wychodzą gospodarze na pola. Zamyślonym wzrokiem obejmują ciche zagony i pytają tajemniczo : Ziemio, co ty mi dasz w tym roku? A ziemia zdaje się wtedy odpowiadać: To zależy od ciebie, ile ty we mnie włożysz pracy, trudu, wysiłku. Od twojej pracy zależy obfity zbiór owoców. Jak posiejesz, tak zbierzesz. Wy chłopcy, jesteście młodzi. Stoicie przed tajemniczymi wrotami życia i może zapytacie podobnie: Co mnie w życiu czeka? Życie! Co mi dasz, czym mnie poczęstujesz? A życie odpowiada wam: Dostaniesz to, na co sobie zasłużysz i czego się będziesz w życiu trzymał… Tezusz trzymał się nici Ariadny i nie zgubił się w labiryncie. Dla was, chłopcy tą nicią są zasady ministranta. Trzymajcie się ich mocno. One nie tylko strzegą przed zabłądzeniem, lecz także ukazują najpiękniejszą drogę życia. Posłuchajcie .W ciemnej, dużej piwnicy leżakowało wino. Było stare, dobre. Leżakowało w ogromnej beczce o dziesięciu obręczach. Im było starsze tym wyborniej smakowało gościom, którzy je kosztowali. Goście chwalili przewyborny trunek, który miał już wiele lat, a gospodarz chodził dumny i tylko najdostojniejszych gości prowadził do swojej piwnicy. Pewnego dnia przyszło więcej dostojnych gości, którzy głośno wyrażali swój zachwyt nad wybornością starego wina. Wtedy dumne wino pomyślało sobie tak: „Dlaczego nie wyniosą mnie na światło? Jeżeli jestem takie doskonałe, to czemu mam przebywać w zapleśniałych ścianach tej mrocznej piwnicy? Ja chcę leżakować w jednym pałacowych pokoi”. I wino zaczęło się burzyć w tej beczce o dziesięciu obręczach ,aż beczka zaczęła jęczeć i wzdychać, bo nie mogła wytrzymać naporu szumiącego wina. Wreszcie obręcze zaczęły pękać jedna po drugiej. Gdy pękła ostatnia obręcz ,rozsypały się klapki tej beczki i wino popłynęło wielką strugą w piwnicy. Wsiąkło w ziemię i stało się bezwartościowe. Biedne, stare wino. Już teraz nikt go nie będzie chwalił. Pozostało po nim trochę błota. Widzicie chłopcy, jak ważną rzeczą były dla wina obręcze. Takimi obręczami dla ministranta są jego zasady. Wino bez obręczy stało się błotem. Ministrant bez zasad, to chłopiec bez charakteru, to chłopiec, który się zagubi i nic dobrego z niego nie wyrośnie. Wniosek jest jasny: Ministrant winien rozumieć i kochać swoje zasady. Pomagać wam będą w tym pogadanki. Ć w i c z e n i a p r a k t y c z n e: Ministranci uczą się zasad na pamięć.
ZASADA
I MINISTRANT
KOCHA BOGA I DLA JEGO CHWAŁY WZOROWO
SPEŁNIA SWE OBOWIĄZKI. O b j a ś n i e n i e z a s a d y. W tej zasadzie chodzi o ukazanie chłopcom prawdziwej hierarchii wartości: Bóg – człowiek – świat. Bóg jest naszym Stwórcą, Bóg jest naszym Ojcem. Bóg jest naszym największym szczęściem. Z tej zasadniczej prawdy wynika odpowiednia postawa wobec całej rzeczywistości: Obowiązek rycerskiej służby Bogu przez pełnienie Jego woli. Bogu, który jest naszym Stwórcą i Ojcem należy się miłość i cześć. Celem stworzenia jest chwała Stwórcy. To jest jedna strona zagadnienia – spojrzenie od strony Boga. Jest i druga strona: Człowiek. Człowiek, który nieustannie tęskni za szczęściem . Najgłębszym motywem wszelkiego działania człowieka jest szukanie szczęścia. Każdy człowiek śni o nim bardzo często. Mądrość Boża umiała połączyć te dwie, zdawać by się mogło, różne i przeciwstawne sobie strony. Kto Boga miłuje - służy Mu wiernie i troszczy się o Jego chwałę – to w końcu znajduje to, do czego dąży całą swoją istotą – szczęście. W tym życiu szczęście nie jest pełne. Jest ono połączone nieraz z wielkimi ofiarami i jest tylko w pewnym stopniu osiągalne. Pełnia szczęścia dostępna będzie dopiero na drugim brzegu życia.
Objaśnienie każdej zasady jest przeznaczone dla opiekuna ministrantów.
P o g a d a n k a p i e r w s z a. BÓG
SZCZĘŚCIEM CZŁOWIEKA. - Lody…lody…lody…doskonałe lody, śmietankowe lody … Dwie godziny lizania i jeszcze coś zostanie.. Znamy wszyscy te przeciągłe, ochrypłe nawoływania naszych lodziarzy w miejscach wypoczynkowych, w górach lub nad morzem. Nieustannie zachwalają swój chłodzący towar. Dzisiaj obijają się o nasze uszy nieco inne nawoływania. Z obawy przed policją nawołuje się szeptem: „Za jedyne 5 euro przez parę godzin jesteś szczęśliwy i cały świat należy do ciebie!!!” Co oznaczają te tajemnicze i trochę śmieszne słowa? Po prostu – za 5 euro można kupić tabletki, popularnie zwane pigułkami szczęścia. Nazywają się tak dlatego, bo każdego, kto je zażyje ogarnia jakiś dziwny nastrój spokoju i zadowolenia. Zapomina się łatwo o wszystkich kłopotach i zmartwieniach. Tak więc podobno za 5 euro można przez kilka godzin czuć się szczęśliwym. Drodzy chłopcy! Wszyscy chcemy być szczęśliwi i to nie tylko przez kilka godzin, ale przez całe życie. Wszyscy marzymy o takim szczęściu, w którym czulibyśmy się pod każdym względem dobrze, nic by nas nie gnębiło i nic nie smuciło. Te marzenia nazywamy tęsknotą za szczęściem. Pragnienie szczęścia przychodzi z człowiekiem na świat i towarzyszy mu przez całe życie, aż do śmierci. By odnaleźć zgubione pieniądze, trzeba koniecznie trafić na drogę do miejsca, na którym leżą. To samo można powiedzieć o szczęściu. Trzeba znaleźć drogę ,która zaprowadzi nas do szczęścia. A więc przypatrzmy się różnym drogom, po których ludzie szli do szczęścia i zapytajmy ich czy to szczęście znaleźli? 1.X.1957 roku został stracony na gilotynie król paryskich chuliganów Jakub Fesch. Był on chłopcem nadzwyczaj miłym, przystojnym i odważnym. Miał bogatych rodziców, pieniądze i wszystko, czego pragnął. Był wolny, nieskrępowany, robił ,co chciał i jak chciał, spędzał czas przeważnie na ulicy w towarzystwie podobnych sobie chłopców, którzy nie rzadko pozostawiali po sobie stłuczone żarówki, połamane płoty, powywracane kosze na śmieci i tp. Chuligańska swoboda nie przynosiła jednak Jakubowi zadowolenia. Wciąż odczuwał w sobie jakąś pustkę, jakiś brak. Kupił auto i jeździł całymi dniami jak szalony. Kiedy j rozbił kupował drugie…Z nikim i z niczym się nie liczył. Zażywał przyjemności, uciech i przygód, ale poszukiwanego szczęścia nie znajdował. Znudzony i zniechęcony do ludzi, postanowił się zabawić w Krzysztofa Kolumba. Zamierzał popłynąć niewielkim jachtem na wyspy Galapagos, leżące na Oceanie Spokojnym, na zachód od Ameryki Południowej. Zabrakło jednak pieniędzy na zakup jachtu i żywności. Co tu ronić? Nie długo się namyślał. Pewnego razu, wieczorem napadł wraz z kolegami na dom bogatego bankiera w Paryżu. Lecz tym razem akcja się nie powiodła. Zaalarmowana policja przyjechała natychmiast .Koledzy zdążyli uciec, a Jakub Fesch wyskoczył z banku ostatni, lecz było już za późno. Policja obstawiła wszystkie ulice i wejścia do piwnic. Jakub nie mogąc się ukryć postanowił się bronić. Wyjął z kieszeni rewolwer i strzelił do stojącego przy wyjściu policjanta – ojca trojga dzieci. Następnie popędził jak szalony w głąb metra, raniąc po drodze kilka osób. Nie umknął jednak policji. Jakub Fesch w pogoni za szczęściem znalazł się na dnie upadku i wykolejenia. Zmarnował życie, a szczęścia nie odnalazł. Wiele rozmawiał na te tematy z jednym z adwokatów, którego pogoda ducha i życzliwość budziły zaufanie. Dzięki życzliwej postawie adwokata zrozumiał Jakub, że są jeszcze w życiu wartości, jakich on nie zauważył i które pominął. Począł odczuwać w duszy żal i smutek…Na rozprawie sądowej, w poczuciu swej winy sam dopraszał się sprawiedliwej kary. Wielu, bardzo wielu ludzi szuka szczęścia na tej właśnie drodze, którą szedł Jakub Fesch. Niestety szczęścia nie znajdują. Pieniądze, zabawy i rozrywki nikogo jeszcze w pełni nie uszczęśliwiły. Serce ludzkie takie już jest, że nie zaspokoją go same bogactwa i przyjemności. Kilka dni przed śmiercią znalazł Jakub szczęście w przyjaźni z Bogiem. Z pomocą kapłana przygotował się na śmierć. Po spowiedzi jakiś błogi spokój zapanował w jego sercu. Śmierci już się nie bał. Żałował tylko ,że tak późno znalazł upragnione szczęście, o którym marzył przez całe życie. Droga, na którą wstąpił Jakub pod koniec swego życia może i nas doprowadzić do prawdziwego szczęścia. Poczuł się on szczęśliwy dopiero wtedy, gdy Bóg zamieszkał w jego sercu. Kto był w Zakopanem i chodził po górach, ten z pewnością zauważył na trasach turystycznych kolorowe znaki wskazujące drogę do celu. Kto trzyma się ściśle tych znaków, ten na pewno w górach nie zbłądzi. Drodzy chłopcy! Takimi znakami orientacyjnymi w naszym dążeniu do prawdziwego szczęścia są Boże przykazania i ministranckie zasady. Kto będzie się ich wiernie trzymał, ten uzyska wewnętrzny spokój, zadowolenie i będzie miał pewność, że idzie prostą drogą do prawdziwego i pełnego szczęścia. Poeta i pisarz niemiecki Jean Paul / właściwie: Friedrich Richter 1763 – 1825 / w jednej ze swoich książek opisuje następujące wydarzenie: Za chwilę zegary wybiją północ i zacznie się Nowy Rok. W pewnym domu przy oknie stoi przygarbiony starzec i smutnie spogląda w górę, to na nieruchome gwiaździste niebo, to na cichą spowitą śniegiem ziemię ,na której on starzec czuje się tak bardzo smutny i osamotniony. Widzi całe swoje długie życie. Spostrzega swoje grzechy, które spustoszyły duszę, zniszczyły ciało i wypełniły serce pustką i oraz niewypowiedzianym żalem. Przed oczyma staje mu ów jasny poranek, kiedy ojciec wziął go, jako chłopca za rękę i wskazał mu dwie drogi życia. Jedna droga cnoty – trudna, ale wiodąca do prawdziwego szczęścia. Druga droga grzechu – łatwa, wabiąca pięknymi pozorami szczęścia doraźnego i złudnego. Teraz starzec przypomina sobie ten jasny poranek z jakąś niewypowiedzianą żałością i woła ku niebu : „ Ojcze jesteś tam? Oddaj mi młodość! Postaw mnie jeszcze raz na rozdrożu, abym wybrał inną drogę”. Drodzy chłopcy! Myśmy wybrali pierwszą drogę, wiodącą do prawdziwego szczęścia. Jest to droga przykazań i zasad. Chodzi też o to, by z tej drogi nie zboczyć, bo moglibyśmy zbłądzić i zmarnować życie, jak ten nieszczęśliwy starzec z powieści Jean Paul,a. Znany podróżnik amerykański Robert Peary postanowił sobie, że celem jego życia będzie zdobycie bieguna północnego. Osiemnaście lat męczył się, żył wśród wichrów, zamieci śnieżnych i wiecznych lodów. Na sankach zaprzężonych w silne psy zapuszczał się coraz dalej i dalej, aż wreszcie 6 kwietnia 1909 roku, po morderczym wysiłku dotarł do celu – do bieguna północnego. Prasa nazywała go „fanatykiem bieguna Północnego.” Robert jeszcze przed zdobyciem tego bieguna powiedział o sobie: „Dążenie do zdobycia bieguna jest we mnie tak silne, że chyba po to tylko żyję.” Święty Augustyn, który prawie 30 lat szukał szczęścia poza Bogiem, wypowiedział po swoim nawróceniu się te słowa: „Stworzyłeś nas Panie dla siebie i niespokojne jest serce ludzkie ,dopóki nie spocznie w Tobie.” Ryba czuje się dobrze tylko w wodzie. Włóżmy ją choćby do najlepszej herbaty lub kawy, a przekonamy się, że długo nie pożyje. Dziki ptak stworzony jest do wolności. Zamknijmy go do klatki choćby złotej, a przekonamy się, że sposępnieje, opuści skrzydła, a może nawet o złote druty klatki rozbije sobie głowę. Jak ryba bez wody, a ptak bez wolności nie będą szczęśliwi, tak człowiek nie będzie szczęśliwy bez Boga. Drodzy chłopcy! Droga do szczęścia jest trudna, wymaga wyrzeczeń i zaparcia, ale my chcemy, jak Robert Peary iść naprzód mimo przeciwieństw i trudności.
P o g a d a n k a d r u g a. Mała Halinka mieszkała ze swymi bogatymi rodzicami w pięknej willi niedaleko Poznania. Pewnego dnia jej rodzice wybrali się do miasta, do teatru. Mała Halinka pozostała przez jakiś czas sama. Postanowiła zwiedzić cały dom. Zagląda więc do szafek i szafeczek, otwiera wszystkie szuflady i wszędzie znajduje coś dla swej lalki. Wędruje także na strych. Widzi jakieśdrzwiczki…wchodzi cicho, na paluszkach… i poznaje. To mieszkanie służącej piastunki, starszej pani Ewy, która przed chwilą wyszła do miasta po zakupy. Co za wspaniała okazja, by obejrzeć jej pokój, który nie jest zamknięty. Halinka wchodzi ostrożnie i rozgląda się na wszystkie strony. - U nas na parterze - spostrzega - są okna duże, a tu maleńkie okienko i tak ciemno. U nas są meble rzeźbione – a tu proste krzesła i prosty stół. Na naszych łóżkach haftowane przykrycia, a tu szary koc…Boże, jak tu smutno! Nagle przychodzi jej do głowy nowy pomysł. Zbiega szybko na dół, wyjmuje młotek i gwoździe z szuflady. Zdejmuje ze ściany swego pokoju najśliczniejszy obraz. Biegnie teraz na górę i przybija obraz nad łóżkiem pani Ewy. Obraz jest naprawdę śliczny. Przedstawia błękit nieba, w dali niebosiężne szczyty gór, a na pierwszym planie zielone łąki, kwiaty i drzewa. Zadowolona wraca do swego pokoju i czeka… Po jakimś czasie słychać obrót klucza w drzwiach wejściowych. Wraca z miasta pani Ewa i kieruje kroki do swego pokoju. Halinka skrada się za nią, jak kotek .Z bijącym sercem nadsłuchuje pod drzwiami, ciekawa, co też pani Ewa powie? I nagle słyszy: - „Co za piękny obraz? Kto też go tu zawiesił? Boże, jest jednak ktoś, kto o mnie pamięta. Mnie jeszcze nikt w życiu nigdy nie kochał. A teraz jest ktoś, kto o mnie pierwszy raz pomyślał . Boże, dziękuję Ci za jego dobre serce!” Mała Halinka omal nie krzyknęła z radości. Serce uderzyło, jak młotem i tłukło się jakby chciało wyskoczyć z piersi. Czuła się bardzo szczęśliwa ,bo uczyniła coś dobrego dla swe opiekunki pani Ewy, którą przecież tak bardzo kochała. Drodzy chłopcy! Dlaczego Halinka tak bardzo kochała swą opiekunkę? Widocznie pani Ewa była dla dziewczynki bardzo dobra. Zapewne sprawiała jej wiele niespodzianek i serdecznie się nią opiekowała. Tak już jest, że ludzi dobrych wszyscy kochamy. Znałem dwóch braci: Czesława i Józka. Czesław starszy, trochę szorstki i czupurny. Józek melancholijny, spokojny. Dzieliło ich wiele, nie zawsze się rozumieli, lecz obaj ogromnie kochali góry. Często wędrowali po nich razem. Kiedy wypadło im nocować w górach, wybierali miejsca jak najbardziej blisko wysokich szczytów, by później wieczorem, gdy wszyscy są już w schroniskach i tak cicho wokoło, biec na szczyt i obserwować zachód słońca. Pewnego wieczoru chowająca się poza poszarpane, skaliste grzbiety gór, złocista tarcza słońca zachwyciła ich bardziej niż zwykle. Długo trwali w milczeniu, jakby urzeczeni majestatem i mocą przemawiającą w pięknie przyrody. Drżeli, by jakiś niepotrzebny ruch nie zakłócił błogiej ciszy. Patrzyli i nie mogli się nasycić. Ogarnęło ich dziwne skupienie i wtedy odczuli, że jest Ktoś blisko nich, Ktoś, kto stworzył te dziwy zachwycające, na które patrzyli. Józek zaczął szeptem deklamować wiersz który znał z lat dziecięcych…
Gdy wieczór był śnieżny i ciemny A na dworze wicher grał, Mój dziadek siadał przy ognisku, Tysiące bajek znał. Dziadziusiu powiedz dziś historię, Z tych dawnych, dawnych lat… Nie bajkę, lecz jakąś prawdziwą, Starą, jak stary świat. Dziadziusiu opowiedz historię, O Bogu, co wszystko miał, Lecz porzucił niebo prześliczne, Bo z nami zostać chciał…. Dziadziusiu powiedz, ach dlaczego W kościele tak wciąż trwa, Czy nie jest Mu smutno samemu, Po nocach i po dniach… Ja sobie tak myślę czasami, Że tu dobrze jest nam, A On wtenczas jest w kościele tam, Zupełnie bez nas sam… Dziadziusiu ,ach wiosną błękitną Cały ożyje świat, Gdy malwy pod oknem zakwitną, Tak, jak za dawnych lat. Dziadziusiu, ach wtenczas pójdziemy, Nim się rozgwieździ noc, Do Niego…do Niego pójdziemy, Kwiatów zaniesiem moc. A Czesław słuchał tego szeptu Józka i myślał. Myślał o Bogu, o którym opowiadał dziadek w swych wierszach, o Bogu, którego odczuł w pięknie i majestacie letniego wieczoru. Przecież Bóg dał mi wszystko – myślał. Przygotował dla mnie ziemię i ją ubogacił – dał mi Ojczyznę i rodziców. Pozwolił ziemi rodzić ziarna, a drzewom owoce, bym miał co jeść. Dał mi ręce i nogi, by mógł chodzić i zbierać pożywienie. Więc Bóg mnie kocha i ja Go kocham. Muszę Mu to okazać moim życiem. Muszę innym mówić o Nim, by przez wszystkich był kochany. Tak myślał Czesław…I tam na górze o zachodzie słońca zrodziło się w duszy chłopca powołanie. Dziś Czesław jest kapłanem. Na miłość Boga odpowiedział miłością Halinka kochała staruszkę Ewę, bo ją piastowała, troszczyła się o nią ,była dla niej dobra. Czesław, jak dobrym jest dla niego Bóg. Postanowił Mu odpłacić miłością. Drodzy chłopcy! Bóg troszczy się również o nas. Nawet, gdy nas jeszcze nie było myślał o nas. Już wtedy chciał nas mieć dobrymi dziećmi, a później dobrymi ludźmi. Zatroszczył się dla nas o dobrych rodziców –stworzył dla nas piękny świat porozwieszał na nim prześliczne obrazy nie malowane, ale rzeczywiste: Lasy, łąki, wody w lecie, śniegi i lody w zimie. Bóg ukochał każdego z nas. On zbudował tak ciekawie nasze ciało ,że nogi biegną, gdzie chcemy, a ręce robią, co chcemy. Dał nam rozum, dzięki któremu możemy budować rowery, motocykle samochody, helikoptery, samoloty. Dał nam oczy, które widzą, uszy, które słyszą. Bóg kocha nas i czeka, kiedy Mu odpowiemy tak prosto ,a gorąco: Boże kocham Cię z całego serca. Ale kto naprawdę kocha, ten nie zadowoli się samymi tylko słowami. Halinka kochała staruszkę Ewę i chciała koniecznie coś zrobić dla niej. Nie mogła uczynić nic większego, więc zdjęła najpiękniejszy obraz ze ściany swego pokoju i powiesiła w mieszkaniu staruszki. Czesław, skoro zrozumiał, jak bardzo nas Bóg ukochał, wybrał drogę kapłaństwa, by mówić wszystkim o Panu Jezusie, by wszyscy Go poznali, pokochali i służyli Mu. A my, co uczynimy? Było już późno, wieczorem. Dwaj chłopcy, Marek i Staszek prowadzili dziwną sprzeczkę. - Marek, wybierz się z nami do Porąbki – namawiał Staszek – w niedzielę święto morza! - Nie mogę, bo mama wyjechała, wróci dopiero w niedzielę rano i prosiła, bym opiekował się młodszym rodzeństwem, a po drugie w sobotę wieczorem mam służenie na czerwcowym nabożeństwie – tłumaczył się Marek. Głupiś – wystrzelił Marek. Nic się nie stanie, jak raz nie posłużysz, a brata i siostry też ci nikt nie ukradnie. - Być może… - No jasne. Przecież możesz uśpić dzieci, zamknąć dom i już. Jak nie posłużysz w sobotę, to będziesz miał jeszcze nie raz okazję to nadrobić. A święto morza jest tylko raz w roku. Mówię ci będzie dobrze. Wypożyczymy kajak i beztrosko popływamy. Marek miał straszną ochotę ulec pokusie, ale sumienie mówiło mu, że mamie zrobi przykrość, a brat i siostra będą płakać. Przypomniał sobie, że IV przykazanie każe przede wszystkim szanować wolę rodziców. Tak samo chce Bóg. Można nie pójść służyć, ale to będzie zaniedbanie obowiązków. Przypomniał sobie, że ministrant, kocha Boga powinien się czasem wyrzec przyjemności, spełnić przykazanie Boże i swój obowiązek. Pierwsza zasada ministranta brzmi: Ministrant kocha Boga i dla jego chwały wzorowo spełnia swe obowiązki Pogadanka
trzecia MINISTRANT
WZOROWO SPEŁNIA SWE OBOWIĄZKI
Powiedzieliśmy ostatnio, że prawdziwie kocha Boga ten, kto wiernie
wypełnia swe obowiązki. Dziś powiem wam jeszcze parę słów o obowiązkach
i o obowiązkowości.
Drodzy chłopcy! Nie wiem czy słyszeliście lub czytaliście o ty
,co opowiada Stanisław Wyspiański w sztuce teatralnej, zatytułowanej:
„Warszawianka”? Otóż opowiada on w tej sztuce teatralnej o bliżej
nieznanym żołnierzu polskim, który walczył pod Olszynką Grochowską w
czasie powstania listopadowego.
Bitwa pod Grochowem trwa już trzeci dzień. Polacy bronią się już
ostatkiem sił. Powstańcom brakuje amunicji. Po kilku godzinach rozpaczliwej
walki atak nieprzyjacielski wzmaga się i dowódca polski dochodzi do wniosku,
że klęska jest nieunikniona. Tę smutną wiadomość skreśla na kartce i
oddaje pierwszemu napotkanemu żołnierzowi. Żołnierz otrzymał rozkaz
dostarczenia tej kartki do sztabu generalnego pod Warszawą. Ma on bardzo
trudne zadanie. Przedzierając się przez zamykający się kocioł
nieprzyjacielski zostaje ranny.
Zmordowany, zbroczony krwią i głodny idzie przez kilka godzin
ku Warszawie. Miał wielką ochotę położyć się i odpocząć, ale wiedział,
że musi jak najszybciej wypełnić rozkaz. Przecież tam na polu walki
koledzy potrzebują pomocy! Szedł więc dalej. Lecz
gdy tylko oddal raport naczelnemu dowódcy, upadł i skonał z
ran i z wyczerpania.
Ten żołnierz z 1831 roku wiedział, że obowiązek trzeba wypełnić,
narażając nawet własne życie.
Zdarza się, że ludzie z takich czy innych powodów nie wypełniają
obowiązków. Niekiedy skutki takich zaniedbań są straszne. Widziałem kiedyś
film pt. „Latarnia morska”. Treść filmu
przedstawia się następująco: Na skalnej wysepce Morza Północnego znajduje
się osada rybaków, których jedynym źródłem utrzymania jest połów ryb.
Któregoś roku przedłużająca się zima uniemożliwiła rozpoczęcie
wiosennych połowów i sprowadziła dotkliwy głód na mieszkańców osady.
Nagleni głodem rybacy decydują się wysłać kuter pożywność na ląd.
Pomimo straszliwej burzy kuter dobija do lądu i wysłani rybacy starają się
zakupić trochę żywności. Jednak mało kto chce
przyjąć w zamian za żywność stare rzeczy przywiezione z wyspy. Dni upływają
na bezskutecznym poszukiwaniu żywności i pobyt
przedłuża się. Tymczasem na wyspie zapasy się wyczerpały, a
wysłany kuter nie wraca. Co robić? Ludzie dotknięci głodem wpadają na
straszny pomysł. Chcą zgasić latarnię morską czuwającą w nocy, by płynące
nocą statki nie
rozbiły się o skaliste brzegi wyspy. Chcą tak zrobić w nadziei, że na
rozbitym statku znajdą pożywienie. Zapoznany z tym planem latarnik waha się.
Z jednej strony głód każe szukać pożywienia, a drugiej strony jego obowiązkiem
jest pilnować światła latarni i wskazywać bezpieczną drogę
statkom…Wreszcie pewnej nocy decyduje się zgasić latarnię. po
kilku godzinach u brzegu wyspy rozbija się statek wiozący dzieci. Przerażeni
wyspiarze rzucają się na ratunek. Rozbitków udaje się uratować. Ale
niestety tej samej nocy wraca wysłany po żywność kuter i z braku światła
latarni i on się rozbija. Wyspiarze zajęci ratowaniem dzieci nie zauważają
rozbitego kutra i nie przychodzą z pomocą swoim rybakom. Dopiero na drugi
dzień zauważono szczątki znajomego kutra wyrzucone przez fale. Widzimy
,że jedno sprzeniewierzenie się obowiązkowi pociągnęło za sobą
dwa nieszczęścia. Drodzy chłopcy! Tak już jest na świecie, że każdy człowiek ma swoje obowiązki, które musi
wypełniać. Obowiązkiem szewca jest robić buty, obowiązkiem piekarza jest
piec chleb, obowiązkiem nauczyciela jest uczuć. A jakie są wasze obowiązki?
Wy wiecie, że Bóg żąda od was miłości w zamian za wszystko, co
wam daje i chce, aby dusze wasze były czyste, jak pola pokryte śniegiem, by
nie było w nich grzechu. Każdy z was wyobraża sobie na pewno, jak przykro
byłoby mamusi, jak gniewała by się ,gdyby jej
syn, otrzymawszy od niej białą koszulę, poszedł i wytarzał się w błocie
– bo to znaczyłoby, że lekceważy sobie jej pracę i troskę. Tak samo Pan
Bóg, który dał wam białą szatę łaski uświęcającej, nie może uśmiechać
się do was, gdy nie dbacie o jej czystość. A więc pierwszym waszym obowiązkiem
jest starać się żyć bez grzechu, unikać wszystkiego, co plami waszą duszę.
Każdy z was chce być uczciwym chłopcem. Tymczasem kłamstwo, skarżenie
na kolegów przeszkadza w uczciwości. Uczciwość kosztuje. Ile razy chcesz
skłamać w szkole, a jednak przełamujesz się i mówisz prawdę. To jest
zwycięstwo. To jest praca nad sobą .Stajesz się
wtedy szlachetniejszym człowiekiem. Taka praca nad sobą jest też waszym
obowiązkiem.
Wyobraźcie sobie chłopca który przyszedł
do stolarza uczyć się robić meble, ale absolutnie nie chce słuchać
majstra. Jednego dnia nabije gwoździ w podłogę ,innego
dnia rzuca do celu heblem ,nie słucha poleceń majstra .Co z takiego ucznia
wyrośnie? Porządny stolarz? Nie! Tak samo uczeń w szkole; jeżeli nie słucha
nauczyciela, nie odrabia lekcji czy może budzić nadzieję, że w przyszłości
będzie dobrym pracownikiem, zdolnym do budowy domów, mostów, elektrowni?
Wobec tego – drodzy chłopcy – waszym obowiązkiem jest słuchać rodziców,
nauczycieli, księży, bo od nich możecie się wiele nauczyć.
Bez poczucia obowiązku nic dobrego nie zrobimy. Najwyżej, jak ten
latarnik ze skalistej wyspy rybaków, spowodujemy wiele nieszczęść i
stracimy zaufanie ludzi i ich szacunek…
Bóg chce, byśmy pełnili Jego wolę i przez to kochali Go. Wolą zaś
Jego jest przede wszystkim to, byśmy wiernie wypełniali swoje obowiązki.
Zatem tylko ten ministrant kocha Boga prawdziwie, który chce spełniać i
wiernie spełnia swe obowiązki.
Z A S A D A
II MINISTRANT
SŁUŻY
CHRYSTUSOWI W
LUDZIACH Objaśnienie zasady: Rycerskość służby Bogu, o której była mowa w pierwszej zasadzie, to przede wszystkim służba człowiekowi. Trzeba dużo mówić wszystkim, zwłaszcza młodym, o tym, że Bóg objawia się w człowieku. Niczego bowiem nie potrzeba dziś tak, jak prawdziwej miłości człowieka. Świat współczesny woła o ludzi, którzy wyszliby innym naprzeciw z życzliwością i serdeczną troską. Młodą psychikę chłopca trzeba uwrażliwić na cudze cierpienia. Tę prawdę ,że miłość drugiego człowieka jest istotą chrześcijaństwa i że w człowieku objawia się nam Bóg, należy wpajać dziecku od najmłodszych lat. Nie może służyć Chrystusowi przy ołtarzu ten ,kto nie służy Mu w ludziach. W początkach chrześcijaństwa panował piękny zwyczaj: Wierni przychodząc na Ofiarę Eucharystyczną przynosili ze sobą dary, które ofiarowali Bogu razem z kapłanem. Ten zwyczaj nieco w odmiennej formie można by przywrócić wśród ministrantów. Ofiarami, które dołączą ministranci do Ofiary Chleba i wina, będą dobre czyny spełnione dla tych, z którymi żyją, pracują i bawią się. Nie jest dobrym ministrantem chłopiec, który nie jest dobrym synem, bratem i kolegą.
P o g a d a n k a p i e r w s z a. CHRYSTUSOWA MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO. Zanim dopuszczono was – drodzy chłopcy – do zaszczytnej służby przy ołtarzu musieliście się nauczyć wielu czynności przy ołtarzu. Ale wykonywanie wielu czynności przy ołtarzu nie uczyni was już prawdziwymi ministrantami. Zostaniecie nimi dopiero wtedy, gdy nauczycie się z miłości ku Panu Jezusowi służyć innym ludziom i kochać ich mocno. Przed wielu wiekami żył na ziemi dziwny człowiek. Miał na imię Krzysztof. Co on robił? Przenosił na swych barkach ludzi, którzy chcieli przeprawić się przez rwącą i dość głęboką rzekę. Pewnego dnia,, gdy już przeniósł wszystkich, którzy go o to prosili ,na drugi brzeg ,położył się w swoim szałasie, by odpocząć po ciężkiej pracy. Nagle usłyszał, że ktoś go woła. Wyjrzał z szałasu i… zgadnijcie kogo zobaczył? Małego chłopczyka! Chłopczyk bardzo grzecznie prosił by i z nim się jeszcze przeprawił na drugą stronę rzeki .Krzysztof zgodził się. Gdy już był na środku rzeki poczuł, że woda staje się jakby coraz gęstsza, że coraz mocniej faluje, a chłopczyk na ramionach staje się taki ciężki, że trudno go nieść dalej. Bał się, że upadnie ze zmęczenia. Ale myśl ,że za wszelką cenę dziecko trzeba ratować dodawała mu sił .Gdy dotarł na drugi brzeg rzeki, powiedział: - Ej chłopcze! Stałoby się przez ciebie wielkie nieszczęście. Tak mi ciążyłeś, jakbym cały świat dźwigał! - Nie dziw się Krzysztofie – powiedział mały chłopiec – bo dźwigałeś nie tylko cały świat, lecz także i Tego, który ten świat stworzył .Ja jestem Chrystus. Przyszedłem do ciebie, żeby ci wynagrodzić twoje poświęcenie względem bliźniego. Z tego opowiadania widać, jak bardzo Pan Jezus ceni i jak bardzo nagradza każdego kto kocha bliźnich i służy im. By się lepiej przekonać o tym, jak ważnym jest przykazanie miłości bliźniego, otwórzmy Ewangelię i zobaczmy ,co sam Pan Jezus mówi na ten temat. Pan Jezus powiada, że w dzień sadu ostatecznego On sam będzie Najwyższym Sędzią. Wszystkich ludzi podzieli na dwie grupy: Jedni znajdą się po Jego prawej, a drudzy po Jego lewej stronie. Pierwszym da niebo za to tylko, że dali Mu jeść i pić – gdy był głodny i spragniony, że Go przyjęli w gościnę – gdy o to prosił, że dali Mu ubranie – gdy było Mu zimno, że Go odwiedzili – gdy był chory i siedział w więzieniu. Wtedy stojący po prawej stronie, nie pamiętając, by kiedykolwiek w swym życiu osobiście spotkali Pana Jezusa i świadczyli Mu usługi, o których wspomniał, zapytają zdziwieni: „Panie, kiedy to wszystko było?” Sędzia Najwyższy odpowie im: „Cokolwiek zrobiliście jednemu z tych braci moich najmilszych, mnie uczyniliście.” To samo powtórzy się ze stojącymi po lewicy, z tym, że nie służyli Mu w ludziach. Zauważyliście może w tym opowiadaniu rzecz szczególną, mianowicie tę ,że Pan Jezus przy sądzeniu ludzi zwraca uwagę tylko na zachowanie przykazania miłości bliźniego. Dlaczego? Chciał przez to podkreślić, jak bardzo ważną rzeczą jest czynić dobrze drugiemu.
Przeważnie każdy człowiek pisze przed śmiercią testament. Umieszcza w nim swoje ostatnie życzenia i polecenia. Testament jest rzeczą świętą i nie wypełnić go jest ciężkim przewinieniem względem człowieka, który umarł. Pan Jezus zostawił także testament. Po Ostatniej Wieczerzy, w czasie której On sam odprawił pierwszą na świecie Mszę św. odezwał się do Apostołów: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak ja was umiłowałem.” Później dodał: „Po tym poznają wszyscy, że jesteście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali.” Te słowa są ostateczną wolą i życzeniem Pana Jezusa – to znaczy, że są Jego testamentem i nie można ich lekceważyć. A teraz, chłopcy, pytanie : Po czym poznaje się np. kominiarza ? – Po tym, że nosi czarny ubiór i że ma specjalne narzędzia do czyszczenia kominów. A po czym poznać zawodnika sportowego? – Po tym, że na stadionie występuje zwykle w kolorowych spodenkach i koszulce. Księdza można poznać po tym ,że chodzi w czarnej, długiej sutannie. A teraz bardzo ważne pytanie: Po czym poznać, że ktoś jest prawdziwym, zasługującym na pochwałę samego Pana Jezusa, katolikiem? – Czy po tym, że chodzi do kościoła? Nie, bo to nie wszystko. Czy może po tym, że spowiada się i przyjmuje Komunię św.? I to nie jest jeszcze ostatecznym znakiem, że ktoś jest dobrym katolikiem. Prawdziwym uczniem Chrystusa jest tylko ten, kto oprócz tego, że chodzi do kościoła, że przystępuje do Stołu Pańskiego – kocha gorąco swych bliźnich. „po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu.” Tę miłość względem ludzi pojmował Pan Jezus bardzo szeroko i nikogo z niej nie wyłączył, nawet naszych wrogów i nieprzyjaciół. Mamy tych ostatnich kochać tak samo, jak Pan Jezus, który powodowany wielką miłością do grzeszników, dobrowolnie oddał swe życie za nich, by ich zbawić. Nie jest sztuką – drodzy chłopcy – kochać kolegę, który na lekcjach podpowiada, coś nam pożycza, umie się z nami bawić. Ale kochać jakiegoś łobuza z wyższej klasy, który nas bije, kochać nauczyciela, który na nas niekiedy krzyczy – to naprawdę wielka sztuka. Tej trudnej sztuki musicie się nauczyć, jeśli chcecie być dobrymi ministrantami. W następnych pogadankach usłyszycie, jak konkretnie kochać ludzi i im służyć: Waszym rodzicom, rodzeństwu, nauczycielom, kolegom szkolnym i tym, z którymi gdziekolwiek się spotykacie.
P o g a d a n k a d r u g a. CHRYSTUSOWA MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO W ŻYCIU PRAKTYCZNYM Gdy św. Jan Ewangelista był już staruszkiem i nie miał już sił głosić Ewangelii, często opowiadał jeszcze najbliższym swoim uczniom o Panu Jezusie i o Jego ziemskim życiu. Najczęściej jednak mówił im o miłości. Bez końca powtarzał: „Syneczkowie moi miłujcie się! To wam mówię, miłujcie się.” Gdy pewnego razu prosili uczniowie, by opowiedział im coś nowego – odmówił. „Nie! Nie powiem wam nic nowego – odrzekł. Syneczkowie !Jeśli bowiem miłość zachowacie jeden ku drugiemu, prawo wypełnicie, tzn. wszystkie przykazania zachowacie. Chciał im przez to powiedzieć, że najważniejszą rzeczą w kościele założonym przez Jezusa Chrystusa jest miłość bliźniego. Rozumieli to doskonale pierwsi chrześcijanie. Dlatego tak często sprzedawali swoje majątki, a otrzymane pieniądze oddawali apostołom, by ci rozdali je ubogim, albo we własnym zakresie opiekowali się biednymi. Troszczyli się o jedzenie dla nich, o ubranie i czuwali, by nie przydarzyło się im nic złego. Zdziwieni poganie powtarzali między sobą: Patrzcie ,jak oni się miłują! I właśnie po tej wyjątkowej miłości bliźniego poznawano w dawnych wiekach, że ktoś jest chrześcijaninem. W średniowieczu powstały dwa zakony o dziwnych nazwach: Trynitarze i Serwici. Ich głównym celem i zadaniem było wykupywanie z niewoli ludzi, którzy w czasie wojen i bitew dostali się w ręce nieprzyjaciół. W razie braku pieniędzy zakonnicy ci sami, dobrowolnie oddawali się jako zastaw w ręce nieprzyjaciół ,byle tylko uwolnić innych. Co to za wielkie, prawie szaleńcze umiłowanie bliźniego. W naszych czasach działa podobny zakon w Szwajcarii, w Portugalii, w Brazylii i w Niemczech. Jest nim Zgromadzenie Sióstr i Braci Mniejszych od Dzieciątka Jezus. Zakonnicy i zakonnice tego zgromadzenia skazują się dobrowolnie na długie lata więzienia, by nieść pociechę więźniom i służyć im pomocą. Ubranie noszą takie same, jak więźniowie. Razem z więźniami jedzą i razem z nimi mieszkają w ciasnych i mrocznych celach. A to wszystko czynią tylko z miłości ku Chrystusowi, który miłował bliźnich taką miłością, jaką człowiek miłuje samego siebie. Słyszeliście zapewne wiele o misjonarzach. Oni też bardzo się poświęcają dla drugich. Odchodzą daleko od swych rodzin, opuszczają ojczyznę i udają się do dalekich krajów, by poganom głosić Chrystusa. Ile niewygód muszą znieść ci misjonarze? Ile niebezpieczeństw im zagraża? A jednak idą odważnie, bo prowadzi ich Chrystusowa miłość bliźniego. Chcą pomoc biednym poganom, chcą ich czegoś nauczyć. Budują dla nich szpitale, budują dla nich szkoły, mosty, drogi ,a przede wszystkim uczą ich kochać Chrystusa. Drodzy chłopcy! Kto opiekuje się kalekami ,nieuleczalnie chorymi, starcami? Zakonnice, bo nikt się nie chce zająć tymi biedakami. rodzina się ich wstydzi, a sąsiedzi omijają z daleka – tylko jedna siostra zakonna nie zamyka przed nimi serca. Może trzeba się przy okazji wybrać i zwiedzić zakład dla dzieci-kalek, nieuleczalnie chorych, niedorozwiniętych, by zrozumieć ,ile ta praca wymaga poświęcenia. Już samo zwiedzanie wywołuje ból głowy i zmęczenie. A siostry zakonne nieraz całymi latami pracują wśród tych biedaków i jak matki opiekują się tymi nieszczęśliwymi. Skąd one mają tyle siły? Ożywia je Chrystusowy duch miłości bliźniego. Trąd, to najstraszniejsza choroba spotykana przeważnie na półkuli południowej naszego globu .Ludzie żywcem gniją. Ciało odpada od kości. Chory poruszają się bez palców u nóg, rąk, bez oczu, bez nosów. W niektórych miejscowościach chorymi zajmują się misjonarze, np. na Madagaskarze opiekował się nimi nasz rodak jezuita, ks. Jan Beyzym. Ale misjonarzy ciągle jest za mało, a ogromna liczba trędowatych żyje przez długie lata bez dostatecznej opieki, w okropnych warunkach i w cierpieniu. Dziś dla trędowatych nastały nieco lepsze czasy. Zajął się nimi wielki katolik dr Raul Follereau. Pisał on książki o trędowatych, wygłaszał przemówienia, a czynił to wszystko w tym celu, by zdobyć trochę pieniędzy i pomóc trochę tym najnieszczęśliwszym ludziom na ziemi. Dzięki niemu zaczęto otaczać trędowatych większą opieką i zaczęto ich leczyć. Dr Raul Follereau zrozumiał przykazanie Chrystusa o miłości bliźniego. Potem cały świat powtarzał z uznaniem nazwisko francuskiego księdza Abbe Pierre, a, który przez wiele lat wszystkie swe siły poświęcał najbardziej opuszczonym i bezdomnym mieszkańcom Francji. Zbierał, a często żebrał pieniądze. Kupował za nie materiały budowlane i budował mieszkania dla bezdomnych robotników. Dzięki niemu 25 tysięcy nędzarzy, gnieżdżących się uprzednio w lichych barakach i ziemiankach zamieszkało w godnych ludzi domach. Dziś cały świat mówi o błogosławionej matce Teresie z Kalkuty w Indiach, która zbierała umierających na ulicach miasta ludzi, dawała im schronienie, jedzenie a potem godne człowieka umieranie. Założyła też zgromadzenie Sióstr Miłości, które dalej prowadzą dzieło swej założycielki. Drodzy chłopcy! Z tych nielicznych przykładów widać wystarczająco, że Kościół, którego tworzą wszyscy katolicy, nadal rozumie i wypełnia Chrystusowe przykazanie miłości bliźniego. Chodzi teraz tylko o to, byśmy i my i każdy z nas w swoim zakresie je wypełniał. A wypełniać je musimy koniecznie, bo tylko po miłości bliźniego pozna Chrystus, że jesteśmy Jego uczniami i Jego ministrantami. Ć w i c z e n i e p r a k t y c z n e. W najbliższym tygodniu każdy ministrant postara się spełnić kilka uczynków miłości bliźniego.
P o g a d a n k a t r z e c i a
MINISTRANT KOCHA CHRYSTUSA W RODZICACH I RODZEŃSTWIE
Przyjaciel młodzieży ks. bp Tihamer Toth opowiada w jednej ze swych książek, że w czasie wojny między Stanami Zjednoczonymi a Filipinami zdarzył się na admiralskim okręcie ciekawy wypadek. Za chwilę miano przystąpić do generalnego ataku na stolicę Filipin Manilę. Marynarze czekali w szyku bojowym na sygnał rozpoczęcia ognia armatniego. W chwili największego napięcia jednemu z nich wpadła bluza do morza. Poprosił o pozwolenie wydostania jej. Skoro mu odmówiono ,zaryzykował i wskoczył do wody bez pozwolenia. Wszyscy myśleli, że zbiegł, bo stchórzył. Marynarz jednak ku z dziwieniu wszystkich wgramolił się z bluzą z powrotem na okręt. W oczach dowódcy wyczytał oczywiście gromy potępienia. Zaraz po bitwie został wtrącony do aresztu. Po jakimś czasie odbyła się rozprawa sądowa. Przewodniczący sądu gen. Devey /Diułej/ zapytał żołnierza tuż przed ogłoszeniem wyroku, jak mógł dla starej zniszczonej bluzy zrobić takie głupstwo? Marynarz wyciągnął fotografię i zdołał tylko wykrztusić: „Moja matka”. Tak, w bluzie, która wpadła do morza miał fotografię matki i chciał ją ratować, nawet kosztem własnego życia. Generał Dewey był bardzo zaskoczony. Po chwili uściskał marynarza i karę mu darował. Drodzy chłopcy! Chyba wszyscy przyznacie, że dzielny marynarz bardzo kochał swoją matkę. Gotów był dla niej na wszystko…..Czwarte przykazanie mówi: „Czcij ojca i matkę swoją…..” Trzeba kochać rodziców dlatego, że im zawdzięczamy życie, że oni się o nas troszczą nieustannie i nami się opiekują. Czy wiecie – drodzy chłopcy – co napisały Ewangelie o długim pobycie Pana Jezusa, prawie trzydziestoletnim w Nazarecie? Właściwie tylko trzy słowa: „Był im posłuszny”. Innymi słowami: Pan Jezus był posłuszny swoim rodzicom, swojej Matce i Opiekunowi św. Józefowi .Ten sam Pan Jezus, który uciszał później burze morskie, uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych – był posłuszny. A jak wygląda twoje posłuszeństwo? Czy ochotnie i szybko spełniasz polecenia rodziców? Dobry i kochający rodziców ministrant musi ich słuchać, jak żołnierz, bez ociągania się i bez mruczenia. Czytasz książkę albo oglądasz film w telewizji, jesteś w najciekawszym momencie. Z zapartym tchem śledzisz akcję, która cię tak pochłania, że na chwilę zapominasz o wszystkim. Wtem odzywa się głos twojej matki: „Janku, skocz do sklepu po cukier”. Czy zniecierpliwiony wzruszysz tylko ramionami i będziesz czytał dalej? Albo może będziesz się dąsał? Ty masz być posłuszny, jak Pan Jezus. Ty opowiedz mamie natychmiast: „Tak mamo, już idę”. Ty przecież kochasz mamę i tatę i okazujesz im swą miłość w radosnym posłuszeństwie. Edmund de Amicis w książce Pt. „Serce” opisuje takie wydarzenie. Giovanni chodził do IV klasy. Jego tatuś ciężko pracował na kolei. Zarabiał bardzo mało. Chcąc wyżywić rodzinę podjął się pracy dodatkowej: Adresował przesyłki pocztowe .Robił to wieczorami w domu. Giovanni postanowił mu pomóc. Gdy tatuś o godzinie 12 w nocy kończył pracę i szedł spać on zrywał się z łóżka i pracował dalej. Nocny wysiłek osłabił organizm chłopca i ujemnie wpłynął na postępy w nauce. Giovanni był stale niewyspany, ale zaciskał zęby i dalej pomagał tatusiowi. Pewnego dnia nad ranem Giovanni potrącił przez nieostrożność książkę, a ta spadając na podłogę narobiła trochę hałasu. Zbudzony ojciec wszedł do pokoju i zastał Giovanniego przy pracy. Głęboko wzruszony uściskał mocno syna, ucałował go w czoło i podziękował mu za niespodziewaną pomoc. Podziękował również Panu, że dał mu tak dobre i pracowite dziecko. Drodzy chłopcy! Mały Giovanni uczy nas, w jaki sposób powinniśmy okazywać miłość naszym rodzicom. Mamy im pomagać w pracy, bo nasi rodzice są często tak zapracowani, zgonieni, zaharowani, że po prostu ręce cierpną im od pracy. Trzeba im koniecznie trochę pomóc, ulżyć. W ciągu dnia mamy do tego wiele okazji. - Mamusiu, niech mamusia trochę odpocznie. Ja posprzątam, wyniosę śmieci, przyniosę węgla, pójdę do sklepu…. Kiedy indziej widzisz, że tatuś po pracy, zmęczony bierze szczotkę, pastę i czyści wasze buty. Jakże miło mu będzie, gdy go w tym wyręczysz. To wszystko są drobiazgi. Ty się nimi nie przemęczysz, nie wiele czasu ci zajmą, a rodzice ogromnie się tym ucieszą i poznają, że ich kochasz. Drodzy chłopcy! Jest jeszcze ktoś w waszym domu, komu winniście podobną miłość, jaką darzycie waszych rodziców… Jest to dziadek i babcia – rodzice waszych rodziców…Oni was bardzo kochają. Często coś wam podarują. Życzą wam jak najlepiej… Trzeba się starać, by swym postępowaniem i swą obecnością wywoływać na ich twarzach uśmiech i zadowolenie, a nie smutek i przygnębienie. Każde wasze nieposłuszeństwo bardzo ich smuci i boli. A jakie są – drodzy chłopcy – wasze obowiązki wobec rodzeństwa? Być zawsze dobrym bratem. Być dobrym cały dzień. Nigdy się nie złościć, nie targać za włosy, ale zawsze przebaczać i przychodzić z pomocą….. Staszek rozwiązuje zadanie matematyczne. Zaczyna już piąty raz, ale nic mu nie wychodzi. Myśli, myśli, głową kręci, gryzie długopis – i nic nie pomaga. Widzi to starszy brat Andrzej, ministrant, zaczyna tłumaczyć, że nie można dodawać kilometrów do centymetrów, że chcąc dodawać ułamki trzeba je najpierw sprowadzić do wspólnego mianownika. Dalej już Staszek potrafi zadanie rozwiązać już sam. A jak się cieszy! W Liścu koło Kalisza odbywały się misje parafialne. Pewien misjonarz opowiadał, że w czasie misji wieczorem spotkał na cmentarzu małego chłopczyka. Chłopiec klęczał przy grobie i modlił się. Misjonarz podszedł do niego i zapytał: - Chłopczyku, kto spoczywa w tym grobie? Chłopiec się rozpłakał, a potem odpowiedział: - Moja mama. - Często przychodzisz na jej grób się modlić? - Latem codziennie modlę się przy grobie za mamusię, a w zimie modlę się za nią w domu. Nasi rodzice pewnie jeszcze żyją, ale także winniśmy się modlić za nich często o zdrowie i o błogosławieństwo Boże. Módlmy się także za dziadka, za babcię i za nasze rodzeństwo.
P o d a d a n k a c z w a r t a. MINISTRANT JEST DOBRYM KOLEGĄ Do jednej ze szkół we Włoszech uczęszczał mały, nieszczęśliwy garbusek Nelli .Chłopcy nie rozumieli kalectwa kolegi i nie umieli mu współczuć. Dość często nawet naigrawali się z niego lub okładali go szturchańcami. Mały Nelli nie odpowiadał na te dokuczania. Znosił je cierpliwie. Aż tu na raz, jak nie skoczy ze swego miejsca Garonne /uczeń tej samej szkoły /,jak nie krzyknie : „Pierwszemu, który mi tknie Hellego dam przez łeb tak, że wywinie trzy kozły w powietrzu”. W klasie zrobiła się cisza. Garonne był przecież najsilniejszym chłopcem w klasie. Tylko Franti nie zważał na jego groźby. To też przy najbliższej sprzeczce Garonne tak mu przyłożył, że kochany Franti wywinął kozła i od tego czasu nie miał już ochoty zaczepiać garbuska. Nelli i Garonne stali się przyjaciółmi. Nauczyciel posadził ich w tej samej ławce. Biedny Nelli czuł tyle wdzięczności dla przyjaciela, że nie opuszczał szkoły bez słów: „Bądź zdrów Garonne”. Ale Garonne nie dał się prześcignąć w grzeczności i serdeczności. Wystarczyło, że Nelli upuścił książkę lub pióro, a Garonne schylał się szybko, żeby usłużyć koledze. Pomagał mu pakować tornister, a nawet przytrzymywał mu płaszcz przy wkładaniu. Garonne i Nelli stali się dobrymi kolegami. Na czym polega prawdziwe koleżeństwo? Po pierwsze, na wspólnej odpowiedzialności. To znaczy, że w grupie kolegów każdy powinien się czuć odpowiedzialny za wszystkich, a wszyscy za jednego. Takie mieli też hasło trzej muszkieterowie: „Jeden za wszystkich – wszyscy za jednego”. Pewien angielski poeta napisał bajkę o drobniuteńkiej śrubce, która razem z tysiącami innych drobniuteńkich śrubek przytrzymywała wielką stalowa płytę w pancernym okręcie wojennym. Okręt pancerny odbywał podróż przez Ocean Indyjski. Gdy był w połowie drogi śrubka zaczęła się rozluźniać i grozić wypadnięciem. Inne śrubki ,jej sąsiadki rzekły na to : „Jeśli wypadniesz, to pójdziemy za tobą. Usłyszały to ogromne ,stalowe żebra okrętowe, przeraziły się i zawołały: „Na miłość boską, zostańcie. Jeśli bowiem nie będziecie się trzymały, zginiemy!” Pogłoska o zamiarze małej śrubki rozeszła się z błyskawiczną szybkością po stalowym ciele olbrzyma morskiego. Pancerny okręt zajęczał i zadrżał we wszystkich spojeniach. Wszystkie stalowe żebra i płyty oraz śrubki wysłały natychmiast delegację do śrubki zamierzającej zdezerterować z prośbą, by została. Inaczej okręt pęknie i nikt nie powróci do domu. Pochlebiło to dumie śrubki, że przypisują jej tak wielkie znaczenie. Oświadczyła więc delegacji, że pozostanie na swoim miejscu. Początkowo bowiem śrubka nie liczyła się z całym zbiorem śrubek. Myślała, że wolno jej robić, co tylko jej się podoba. Dopiero przerażenie, jakie ogarnęło cały statek zwróciło jej uwagę na to, że istnien ie okrętu zależy od jej solidarności z innymi. Postanowiła więc czuć się odpowiedzialną za wszystkich. Treść tej bajki można łatwo przenieść na grupę koleżeńską.Ale nie tylko na wspólnej odpowiedzialności opiera się prawdziwe koleżeństwo. Opiera się też na wspólnej pracy i na wspólnym dążeniu do jakiegoś dobrego celu. Wielkie pole do popisu pod tym względem macie – drodzy chłopcy – w szkole. Zapewne są wśród was tacy, którzy mają złe stopnie i grozi im pobyt w tej samej klasie. Prawdziwy kolega nie będzie się śmiał ze słabszego, że ma siano w głowie, ale dołoży starań, by mu pomóc. Razem z nim będzie dążył do dobrego celu, do uzyskania dobrych stopni i do promocji do następnej klasy. W małej nadmorskiej wiosce rybackiej mieszkał kilkunastoletni chłopiec Ivo. Dawno już stracił matkę, a ojca przepędzili rybacy z osady za to, że przegrał w karty pieniądze, powierzone mu na zakup nowego kutra rybackiego. Nieszczęsny ten człowiek, ciężko doświadczony życiem, wrócił do rodzinnej wioski dopiero po wielu latach i niedługo później umarł. Pozostawił on synowi w spadku niewielki kuter „Błękitna Mewa”. Mieszkańcy wioski, chcąc odzyskać przynajmniej część straconych pieniędzy, odmawiają chłopcu prawa do „Błękitnej Mewy.” Ivo jest jednak uparty. Nie daje się pozbawić statku. Wraz z kilku kolegami postanawia wyruszyć na morze, by naprawić krzywdę wyrządzoną rybakom przez ojca i zwrócić im dług. Chłopcy wykradają łódź rybacką i wypływają na pełne morze. Gwałtowna burza wpędza ich na jakąś nieznaną wyspę. Z trudem unikają rozbicia o skały. Później po różnych przygodach na morzu, po walce z przemytnikami i po zdobyciu na nich statku „Meteor” , który przemieniają na „Błękitną Mewę”, wracają triumfalnie do rodzinnej wioski. We wiosce wszyscy już uważali ich za martwych. Kiedy okazało się, że żyją zapanowała radość i wesele. Szczęśliwy jest także Ivo, bo nie tylko przywrócił cześć zmarłemu ojcu, lecz także stał się prawdziwym bohaterem dla mieszkańców swej wioski. Szczęśliwi są również jego koledzy, bo dopomogli mu w zdobyciu celu, który był także ich celem. Drodzy chłopcy! Nasze dobre cele niech będą mniej awanturnicze, ale niech będą wspólne. Solidarne ich zdobywanie ukształtuje prawdziwe koleżeństwo. Na prawdziwe koleżeństwo składa się oprócz wspólnej odpowiedzialności, wspólnej pracy i wspólnego celu, także zaufanie i wzajemny szacunek. Wiecie przecież, że jeśli w jakiejś grupie nie będzie zaufania, to taka grupa prędzej czy później rozpadnie się albo stan ą się grupą chuliganów. W grupie kolego jeden musi polegać na drugim, jak na Zawiszy. Nie może być wzajemnych sporów i niesnasek. Grupa musi tworzyć jedną wielką rodzinę. O takim koleżeństwie i przyjaźni prawie aż do szaleństwa pisze Kamiński w swej książce Pt. „Kamienie na szaniec”. Książka opisuje bohaterskie czyny polskich chłopców w walce z niemieckim okupantem. „Rudy został aresztowany o świcie, a już około godziny 7,00 alarmowo zwoływali się jego przyjaciele. Byli poruszeni w najwyższym stopniu. Los uderzył w kogoś specjalnie im bliskiego. Czuli wzburzenie i pustkę, jakby się coś urwało, skończyło, uleciało. W oczach niejednego z tych młodych mężczyzn, które w ciągu ostatnich lat i miesięcy widziały już wiele groźnych burz – błyszczały łzy”. Koledzy postanawiają bezwarunkowo odbić Rudego rąk niemieckich. W rozmowach Zośki, kolegi Rudego, z naczelnikiem Szarych Szeregów odradzano im odbijanie więźnia. Tłumaczono chłopcom, że przecież nie odbijano nawet przywódców Polski Podziemnej i wielkich polityków. Oni jednak stali przy swoim. „To prawda, że tych wszystkich wielkich i ważnych nie odbijano, ale Rudego musimy odbić”. Po kilku dniach przyjaciele Rudego otrzymali wreszcie pozwolenie na przeprowadzenie akcji. Dobrze przygotowana akcja udała się. „Olek otwiera tył więźniarki…- Jest, jest! – wrzeszczy ucieszonym głosem. - Jest Rudy! Szalona radość ludzi połączona z rozgorączkowaniem bitewnym nie pozwalała dostrzec zielonożółtego koloru twarzy Rudego, zapadniętych policzków, olbrzymiego sińca pod okiem, sinych uszu i patrzących nieruchomo wielkich, otwartych oczu. Już go porwali na ramiona i niosą do czekającego samochodu. Rudy jęczy z bólu, samochód rusza. Przyjaciele nie zwracają uwagi na odbitego, ładują broń świeżymi magazynkami. Dopiero gdy to zrobili uśmiechają się do Rudego. Ten spogląda na nich olbrzymimi rozwartymi oczyma. Na twarzy poprzez skurcz bólu maluje się uśmiech. Bierze w dłonie ręce Zośki i trzyma je mocno. Dłonie ma czarne i spuchnięte. Szepce: Tadeusz, ach Tadeusz, gdybyś wiedział…Zbity i wycieńczony przez gestapo Rudy umierał…Ostatnie 24 godziny męczył się strasznie. Sen przerywały nieustanne paroksyzmy bólu. - Tadeusz, Tadeusz, jak boli, jak strasznie boli…..Już nie mogę. I łzy toczyły mu się po policzkach. W Zośce wszystko skręcało się z cierpienia. Obawiał się, że lada chwila zerwie się z krzesła i zacznie krzyczeć lub wyleci na ulicę i popełni jakieś szaleństwo. Umierający Rudy był zbyt inteligentny, żeby nie zdawać sobie sprawy, że los jego jest nieodwołalnie przypieczętowany. Nie wspomniał jednak ani jednym słowem o śmierci. Po co? Żeby wprowadzić zbyteczny czynnik zakłopotania wśród przyjaciół? Kiedy bóle nieco ustąpiły prosił kolegę, żeby mu recytował Słowackiego….. Zapanowała cisza. Czarny Jaś starając się opanować głos recytował * Testament mój*. Rudy trzymał w dłoni rękę Zośki i szeptem powtarzał sinymi wargami najcudowniejszą ze zwrotek: Lecz zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei… Kiedy trzeba na śmierć idą po kolei, Jak kamienie przez Boga, rzucone na szaniec…” Przepiękny przykład koleżeństwa. Dla ratowania dobrego kolegi chłopcy nie liczyli się z własnym życiem, a on nie prosił o współczucie, nie użalał się nad własnym cierpieniem, lecz w ostatniej, najtrudniejszej chwili życia myślał o ojczyźnie i przyjaciołach, których kochał. Ministrant winien kochać w koledze Chrystusa. Wtedy będzie dobrym kolegą. Ministrant być solidarnym, jak koledzy Ivo, jak Rudy i jego przyjaciele, a nigdy egoistą myślącym tylko o sobie. Ministrant niech kocha i szanuje kolegę, tak jakby to był sam Pan Jezus. Wtedy dopiero wypełni przykazanie miłości, a Pan Jezus będzie na niego patrzył z ołtarza przyjaźnie, gdy klęknie, by usługiwać do Najświętszej Ofiary Eucharystycznej. Ć w i c z e n i e p r a k t y c z n e. Każdy z ministrantów będzie się starał pomóc koledze słabszemu w nauce.
P o g a d a n k a p i ą t a. STOSUNEK CHŁOPCÓW DO DZIEWCZĄT. Najczęściej szkoły w Polsce są koedukacyjne, to znaczy, że w szkole są chłopcy i dziewczęta, czyli koledzy i koleżanki. W koleżankach także trzeba widzieć Chrystusa. W jednej ze szkół zdarzył się następujący wypadek. Chłopcy z klasy IV grali na przerwie w piłkę nożną. Tuż obok bawiły się balonem roześmiane dziewczęta. W pewnym momencie rzucony niewłaściwie balon upadł na boisko chłopców. Mała, szczupła dziewczynka imieniem Halinka pobiegła za nim i niechcący zderzyła się z Antkiem, który właśnie pędził z piłką do bramki przeciwnika. Antek stracił piłkę i bramki znów nie było. Zdenerwowany do ostatnich granic, doskoczył do dziewczynki, chwycił ją za ramiona i z całej siły rzucił na ziemię. Patrzący z boku chłopcy wyrażali zadowolenie i aprobatę. A Halinka? Upadła na kamień i rozcięła sobie czoło. Na jej bladej twarzy pojawiła się krew, a w oczach łzy. Usiadła na ławce, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Podobne sceny trafiają się niestety bardzo często. Wy sami moglibyście przytoczyć wiele smutnych wydarzeń z życia szkolnego. A przecież takich scen być nie powinno. Pan Jezus polecił szanować wszystkich i czynić im dobrze – szczególnie słabszym. Pewnego razu jeden z Beduinów chwycił duży bat arabski i uderzył Nel. Mała krzyknęła z bólu i strachu. Beduin nie miał zamiaru przestać. Nie zdążył jednak uderzyć Nel, gdyż nadbiegł Staś i rzucił się na niego. Sięgając mu zaledwie głową do ramienia, schwycił dłońmi za gardło. Zrobił to tak niespodziewanie, że silniejszy od niego Beduin, znalazł się nagle na ziemi. I choć okrutnik nie dał za wygraną, lecz zwrócił swą wściekłość na chłopca. Staś był zadowolony, bo nie pozwolił dzikusowi krzywdzić małej. Innym znowu razem Stasiowi i Nel zaczął strasznie dokuczać głód. Beduini nie dawali im nic do jedzenia. Stasiowi było przykro, że Nel cierpi. Chcąc ją ratować od głodowej śmierci, poszedł żebrać i pracować. Za pracę otrzymał garść daktyli. Przyniósł je wszystkie i dał Nel. Ona jednak koniecznie chciała mu oddać połowę. Patrząc w jego oczy mówiła: - Stasiu zjedz połowę, zjedz! A Staś na to rzekł: Jedz, ja już jadłem, jestem syty! I uśmiechnął się, choć wargi przygryzał, by się nie rozpłakać. Był przecież bardzo głodny. Od kilku dni prawie nic nie jadł. Nie chciał jednak dzielić się daktylami, bo było stanowczo ich za mało dla ich dwojga. Po ucieczce i uwolnieniu się z rąk Beduinów, Staś wraz z Nel i kilku Murzynami wracają do swych rodziców. Musieli wędrować drogą okrężną, by nie wpaść ponownie w ręce wrogów. Szli więc wyschłą, bezludną pustynią. Pewnego dnia zaczęło brakować im wody. Staś już od kilku dni nic nie pił i zdawało mu się, że w piersiach ma płomień. Pragnienie dokuczało mu okropnie, paliło, jak ogień. W plecaku miał małą buteleczkę, w której było trochę wody, ale to trzymał dla Nel. Gdy dziewczynka nalegała ze łzami w oczach, by się trochę napił, on przyłożył butelkę do ust, poruszał gardłem udając, że pije. Chciał pocieszyć Nel. Pić nie mógł, bo dla niej by zabrakło i na pewno umarłaby z pragnienia. Wspaniały chłopiec. Jego winniście naśladować. Staś nigdy nie dokuczał Nel, nie szarpał jej za włosy, nie obrzucał jej wyzwiskami, ale zawsze jej bronił i czuwał, by nie działa się jej żadna krzywda. Wiedział, że dziewczęta są słabsze i potrzebują opieki. Umiał być dobrym przyjacielem także dla dziewczynki. Czuł dla Nel szacunek i kochał ja tak, jak tego Pan Jezus wymaga. Ale powie może ktoś, jak być dobrym i życzliwym dla dziewcząt, skoro one same są często zaczepne i niedobre? Pierwsze zaczynają i pierwsze wchodzą chłopcom w drogę. Tak, to prawda. Są niestety takie dziewczęta. I co wtedy zrobić? Co robić gdy jakaś Zośka czy Hanka zacznie obrzucać wyzwiskami lub pokazuje język? Co robić gdy pięści ci się same zamykają, gdy chciałbyś rzucić się na swoją ofiarę i odpłacić „ pięknym za nadobne”? Musisz koniecznie się opanować, musisz okazać się mądrzejszym, musisz sobie po prostu powiedzieć „nie” – nie będę jej bił. Gryźć się nawzajem, to psi zwyczaj. To potrafi każdy kundel. Ty musisz naśladować Chrystusa, który nie rzucał gromów na tych którzy mu dokuczali, ale modlił się za nich. Dlatego też z miłości ku Chrystusowi zniesiesz to przezwisko, którym cię częstuje ta niedobra koleżanka i nie będziesz jej odpłacał. Poprawnego zachowania się wobec dziewcząt, oczekuje od was – drodzy chłopcy – Chrystus. Chrystus chce, byście nie tylko sami nie wyrządzali dziewczętom krzywdy, lecz byście także czuwali, by inni ich nie krzywdzili. A jeśli one wam dokuczają, to Pan Jezus spodziewa się, że zachowacie się naprawdę po męsku, po żołniersku. Swoją postaw ą najlepiej nauczycie roztrzepane dziewczęta dobrego postępowania.Ć w i c z e n i a p r a k ty c z n e. Chłopcy przeczytają te fragmenty powieści Henryka Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy”, które zwracają uwagę na zachowanie się Stasia względem Nel.
P o g a d a n k a s z ó s t a. DOBRY I ZŁY KOLEGA. Drodzy chłopcy! Dotąd mówiliśmy, że wy winniście być kolegami dla innych w całym tego słowa znaczeniu, że każdy z was winien stanowić wzór dobrego kolegi – przyjaciela, bo miłując kolegę miłujecie samego Chrystusa. I wy także chcecie mieć dobrych kolegów. Jak dokonać właściwego wyboru, gdy zachodzi obawa i to dość często, że z pozoru „dobry kolega” – okazuje się już zepsutym, choć jest dopiero w trzeciej czy czwartej klasie. Kogo wybrać? Oto kilka wskazówek. Trzeba stanowczo unikać chłopców do gruntu zepsutych. Wasze towarzystwo nie jest dla nich. Znałem chłopca w waszym wieku. Był dobry, pilny, uczciwy, tylko nieco rozpieszczony – może dlatego, że był jedynakiem. Na imię miał Rysiek. Wszystko było dobrze, dopóki nie zaprzyjaźnił się ze starszym od siebie kolegą. Korzystał z każdej sposobności, by spotkać się z „koleżką”, posłuchać ciekawych historyjek o jego „bohaterskich” wyczynach, jak rozbijanie kiosków, urządzanie przejażdżek na skradzionych rowerach lub motorach, które po wypaleniu benzyny pozostawiał przy drodze itp. Rysiek słuchając tych opowieści zapalał się do niecnych przygód i awantur. Rodzice dowiedzieli się o wszystkim dopiero wtedy, gdy ich kochany Rysiek mocno pobity w jakiejś bójce chuligańskiej obrzucił policjanta kamieniami, wyrządzając mu krzywdę. Sąd dla nieletnich rozpatrując sprawę, za awantury i bójki skazał Ryśka na rok zamknięcia w domu poprawczym. Czy na tym się skończy łobuzerska działalność Ryśka? Trudno przewidzieć. Byłby zapewne innym chłopcem, gdyby nie zepsuty kolega. Trzeba unikać kolegów zupełnie zepsutych. Nie znaczy to wcale, że nie macie czasem pomagać mniej dobrym, by zdobyć ich zaufanie i sprowadzić na dobrą drogę. Posłuchajcie, co pisze ks. Zięba we wspomnieniach z obozu oświęcimskiego, zatytułowanych : „Pajda chleba”. „Był Niemcem, pospolitym złodziejem, kryminalistą… Stronił od towarzystwa Niemców, jak i naszego… W jednym z obozowych wieczorów w przydziale kantyny nie było papierosów, tylko prymka / tytoń do żucia/. Kiedy wszyscy opuścili jadalnię siedziałem sobie naprzeciw Willego – tak mu było na imię – i bawiłem się trzymaną w ręku prymką… Raz zdawało mi się, że Willi rzucił wzrokiem na moje ręce, a może na prymkę? Machinalnie zapytałem: - Chcesz? - A ty? - Wiesz, że nie palę. Powoli wyciągnął rękę, która delikatnie zadrżała. Poznałem, że był namiętnym palaczem, ale tylko prymki. Zapalił ją. Zacząłem rozmowę: - Gdzie tak Willi, nauczyłeś się palić? - W Mozambiku / berlińskie więzienie /. - Za co aresztowany? - Za dużo telefonowałem. - ?????? - No nie patrz tak głupio. Okradałem automaty telefoniczne we Wrocławiu. I popłynęła długa opowieść „ życia jak z bajki”. Dom poprawczy. Ucieczka. Kradzieże większe i mniejsze. Więzienie, a wreszcie obóz. - Dlaczego Willi? - Matka drań, ojciec pijak – umarł. Wychowywałem się na ulicy. Nikt mi w życiu nic nie dał. Oczy mu zawilgotniały i jakby wypiękniał. Podałem mu rękę. Uścisnął ją twardo. Tak zaczęła się dziwna przyjaźń z kryminalistą” .Drodzy chłopcy! Jeden życzliwy gest dokonał przełomu w sercu Willego. Od tego momentu mrukliwy dotąd złodziej w czasie głodu zawsze znalazł dla swojego towarzysza pożywienie, które przynosił po kryjomu. Pamiętajmy, że to był obóz koncentracyjny. Czyjeś zaufanie można zdobyć życzliwością, dobrocią i łagodnym, serdecznym słowem. Ktoś niedostępny, zamknięty w sobie mruk, nawet z pozoru arogancki, pod wpływem jednego, drobnego gestu, lecz wypływającego z serca przywiązuje się i będzie prawdziwym przyjacielem w życiu. Każdy z was w tym względzie ma szerokie pole do popisu. Bo czyż mało jest okazji w szkole, by pomagać w przygotowaniu lekcji, egzaminu lub przynajmniej w odrabianiu zadania? Gdy ktoś z kolegów ma dużo zajęć – to pomóż mu, a gdy możesz biedniejszemu chętnie daj zeszyt, długopis lub pożycz podręcznik. Życzliwością przemienisz niejednego kolegę w dobrego chłopca. A kogo wybierać na tego kolegę? Jeden z waszych rówieśników ciekawie napisał na ten temat: „Ja chciałbym mieć kolegę dobrze wychowanego, żeby się dobrze uczył, żeby nie kradł, żeby nie zachęcał do oglądania niedozwolonych programów telewizyjnych, żeby nie rysował samochodów, żeby nie jeździł autobusem lub pociągiem bez biletu, żeby słuchał ojca i matki i żeby szanował starszych”. Czy i wy takich kolegów pragniecie? Sądzę, że tak! Z powyżej podanych myśli możecie wyciągnąć praktyczne wnioski. Szukajcie kolegi oddanego i ofiarnego. Starajcie się też wasze koleżeństwo rozszerzać, wciągając wielu do koła kolegów. O św. Pawle mówi się, że miał wielu przyjaciół. I sam dla wszystkich był dobrym przyjacielem. Na koniec o św. Dominiku Savio. Posłuchajcie, co o nim napisał jego wychowawca, św. Jan Bosco. „Uczęszczając do szkoły zaczął Dominik nabierać coraz większego doświadczenia w obcowaniu z kolegami. Jeżeli poznał kogoś ważnego, pilnego i posłusznego w szkole, to go obierał sobie za kolegę i przyjaciela. Natomiast, jeżeli zauważył jakiegoś chłopaka niesfornego i zuchwałego, który zaniedbywał obowiązki, obmawiał innych lub przeklinał, tego unikał… Tych zaś, którzy byli nieco niedbali pozdrawiał, oddawał im jakąś przysługę, ile razy sposobność się nadarzyła, ale żadnej ściślejszej nie zawiązywał z nimi przyjaźni”.
Św. Dominika Savio warto naśladować, bo był chłopcem dobrym i bardzo rozumnym.
P o g a d a n k a s i ó d m a. MINISTRANT KOCHA BOGA W BIEDNYCH I OPUSZCZONYCH
Drodzy chłopcy! W poprzednich pogadankach dowiedzieliście się, że macie kochać rodziców, rodzeństwo, przyjaciół, kolegów. Ale czy tylko do nich ma się zacieśniać miłość bliźniego? Nie! Prawdziwa Chrystusowa miłość bliźniego winna ogarniać nie tylko krąg rodzinny, krewnych, znajomych, kolegów lecz musi obejmować wszystkich, szczególnie biednych i opuszczonych. Wszystkich budzących współczucie nędzarzy i kalek można porównać do pustyni bez pięknych ogrodów, łanów, zbóż, a wypełnionej po brzegi piaskiem unoszącym się za każdym podmuchem wiatru. Tak, jak pustynia nie przestała być ziemią, chociaż znikły z niej kwiaty, drzewa, łany zbóż – tak każdy człowiek biedny i kaleka przez to, że stracił nogę, wzrok czy majątek nie przestał być człowiekiem, nie zamarło w ni ludzkie serce. Jest taki film pt. „Noc jest moim królestwem”. Pociąg osobowy pełen ludzi starszych i dzieci z szaloną szybkością pędzi w dal. Na parowozie maszynista i palacz. Niespodziewanie przy kotle pęka rurka. Wydobywająca się para wodna odrzuca na bok palacza, który traci przytomność, a maszyniście zagradza dojście do hamulców. Maszynista zdaje sobie sprawę, że jeżeli nie zatrzyma pociągu nastąpi katastrofa i setki ludzi poniesie śmierć. Nie zważając na własne niebezpieczeństwo przedziera się przez buchającą parę do hamulców i pociąg staje w miejscu. Do katastrofy nie dochodzi. Ale maszynista stracił wzrok. Gorąca para wypaliła mu oczy. W jednej chwili stał się kaleką na całe życie. Dla ratowania bliźnich, dla dobra innych poświęcił swe oczy. Jak nazwalibyście takiego chłopca, który spotykając na ulicy tego ociemniałego naśmiewałby się z jego kalectwa, obrzucałby go obelgami lub kamieniami? Czy można – drodzy chłopcy – poprzestać na tym, by się nie naśmiewać z ludzi biednych, by nie szydzić z kalek? To byłoby za mało. Nie wystarczy też współczucie. Bo nie pomoże koledze, który upadł i nie może się podnieść o własnych siłach nasze ubolewanie i współczujące spojrzenie, jeżeli mu nie podamy ręki i nie pomożemy powstać. Wybitny polski skrzypek Henryk Wieniawski spotkał na jednej z bocznych ulic, którymi chodził na lekcje, starego, ślepego żebraka, wygrywającego na nędznych skrzypkach smutną melodię. Przed nim stał pies z pustym talerzykiem w zębach. Przechodnie zajęci swoimi sprawami nie zwracali uwagi na ten widok i obojętnie przechodzili obok biedaka. Był właśnie mroźny, styczniowy wieczór. W umyśle młodego Wieniawskiego zrodziły się pytania, gdzie pójdzie ten biedny człowiek, czy będzie miał co jeść, jeżeli nie uprosił ani grosza? Może i o tym pomyślał ów człowiek, bo gestem pełnym beznadziejności opuścił ręce ze skrzypcami i smyczkiem. I wtenczas Henryk dobył swe cenne skrzypce, przystanął obok żebraka i zaczął za niego grać smętną melodię. Wokół chłopca i starca z psem zbierało się coraz więcej ludzi. Wszyscy słuchali z przejęciem pięknej gry, a kiedy skończył zagrzmiały huczne oklaski. Pusty dotąd talerzyk napełnił się pieniędzmi po brzegi. Henryk wsypał całą jego zawartość do kieszeni żebraka. Tego wieczoru Henryk był bardzo zadowolony i wesoły. Szlachetny czyn napełnił go radością i szc zęściem.Pewien pisarz rosyjski przedstawia nieszczęśliwe życie biednej dziewczyny. Będąc córką ubogiego wieśniaka wybrała się w świat bez wiedzy rodziców z przejeżdżającym przez wioskę kupcem. Wkrótce kupiec ją porzucił i została bez jedzenia i bez dachu nad głową. Wynędzniała, głodna, obdarta wróciła do rodzinnego domu. Tu spotkało ją nowe cierpienie. Matka robiła ciągłe wyrzuty i dokuczała na każdym kroku. Cała wioska odnosiła się do niej z nienawiścią. Gdzie tylko się pokarze, zaraz zbiera się wokół niej gromada dzieci, by się naśmiewać i obrzucać kamieniami. Pewnego dnia, gdy dzieci jak zwykle wyśmiewały biedną dziewczynę, stanął przed nimi młody mężczyzna i rzekł: - Posłuchajcie dzieci, opowiem wam bajkę. I zaczął im opowiadać o losach biednej dziewczyny, która musiała wiele cierpieć za jedną lekkomyślność popełnioną w młodości. Dzieci słuchały z zaciekawieniem i współczuciem. Odtąd były inne dla dziewczyny ze swej wioski. Obchodziły się z nią życzliwie i serdecznie. Na twarzy prześladowanej dziewczyny pokazał się znów uśmiech. Wkrótce dziewczyna zmarła. Po śmierci jej twarz była pogodna, jakby wiedziała, że są na świecie serca, które umieją współczuć. Drodzy chłopcy! Jednym drobnym słowem, małym, nieznacznym wysiłkiem możemy wyświadczyć dużą pomoc naszym bliźnim. Odczujemy wówczas na pewno taką samą radość, jaką odczuł Henryk Wieniawski, a Pan Jezus także nam wynagrodzi każdy dobry uczynek, bo powiedział, że szklanka wody podana spragnionemu nie pozostanie bez zapłaty. Wszelkie nasze wysiłki, jakie podejmujemy dla biednych i niepełnosprawnych powrócą do nas w postaci Bożej nagrody, a my będziemy chłopcami o pięknym i szlachetnym charakterze
P o g a d a n k a ó s m a MINISTRANT KOCHA CHRYSTUSA PAMIĘTAJĄC O ZMARŁYCH 2 listopada, to Dzień Zaduszny. W naszych kościołach i na cmentarzach widzimy dużo pięknych chryzantem. Na grobach palą się znicze, a kapłani odprawiają Msze św. Za dusze tych, którzy od nas odeszli w fioletowych lub czarnych ornatach. Zupełnie inaczej wyglądają Zaduszki w Japonii. Nie obchodzi się ich w listopadzie, ale w lipcu i trwają trzy dni, od 13 do 16 lipca. Wieczorem pierwszego dnia Japończycy zapalają na grobach zmarłym kolorowe lampiony. Od czasu do czasu rzucają górę rakiety i sztuczne ognie. Trzeciego dnia następuje główna uroczystość. Około północy na głos bębna obecni na cmentarzu zabierają z grobów lampiony. Następnie już bez lampionów śpieszą na brzeg morza, niosąc ze sobą przygotowane uprzednio małe okręciki, zbudowane z bambusa i słomy ryżowej. Na okręcikach umieszczają naczynia z jedzeniem i puszczają na wodę. Japończycy wierzą, że dusze zmarłych odwiedzą w tych dniach groby i chcąc im uprzyjemnić te odwiedziny palą na mogiłach lampiony. Na ostatnią noc przynoszą okręciki, by dusze zmarłych miały czym odpłynąć do raju szczęścia, który według przekonań japońskich znajduje się w głębinach oceanu. Drodzy chłopcy! Choć pogańscy Japończycy mają błędne przekonanie o życiu pozagrobowym, to jednak starają się przyjść z pomocą duszom zmarłych. A jak my pomagamy tym, którzy już od nas odeszli? Przecież dobrze wiemy, że do nieba idą tylko dusze świętych, dusze nieskalane. Kto umiera bez grzechu ciężkiego, ale ma duszę splamioną małymi grzechami, albo nie odpokutował za swoje grzechy – ten idzie do czyśćca, by przez cierpienie zadośćuczynić sprawiedliwości Bożej. Cierpienia w czyśćcu są naprawdę wielkie. Posłuchajcie pewnej legendy: W średniowieczu żył człowiek, który na starość ciężko zachorował. Cierpiał bardzo. Przez cały rok ani na chwilę nie opuszczał łoża. Modlił się do Boga często i żarliwie o rychłą śmierć. Pewnego razu w czasie modlitwy zjawił mu się anioł i powiedział; - Pan Bóg wysłuchał twojej prośby. Wybieraj, albo śmierć, a po niej 3 dni czyśćca, albo jeszcze rok choroby i po niej zaraz do nieba. Co wybierasz”? Chory odpowiedział bez namysłu: - Wybieram śmierć i 3 dni czyśćca. I natychmiast umarł, a dusza jego poszła do czyśćca. Po upływie jednego dnia cierpień czyśćcowych anioł odwiedza cierpiącą duszę, a ta robi mu wyrzuty, że miała tylko 3 dni przebywać w czyśćcu, a już tyle lat cierpi. - O nie – odrzekł anioł – dopiero jeden dzień jesteś w czyśćcu i ciało twoje jeszcze nie pochowane. To tylko legenda, ale dobrze obrazuje, jak cierpienia w czyśćcu strasznie się dłużą. Godziny wydają się być latami. Dusze cierpią, jakby je palił ogień i męczy je tęsknota za oglądaniem Boga… Te biedne dusze czyśćcowe nie mogą same sobie pomóc. Ze śmiercią bowiem kończy się czas zasługiwania. A czy my możemy im pomóc? Tak, możemy! Możemy prosić Boga, aby skrócił duszom czyśćcowym cierpienia i zabrał je do nieba. Pismo święte mówi, że świętą jest rzeczą i zbawienną modlić się za zmarłych, aby od kar za grzechy zostali uwolnieni. A zatem musimy koniecznie przyjść z pomocą duszom czyśćcowym. Mamy przecież czynnie miłować wszystkich ludzi, a dusze w czyśćcu potrzebują tej miłości najwięcej. Cierpią bowiem straszne męki, jakich nikt z ludzi na świecie nie doznał. Nieustannie płynie do nas z czyśćca wołanie: „Zlitujcie się nad nami, zlitujcie się nad nami, albowiem ręka Pańska nas dotknęła. Litujemy się nad biednymi, chorymi, ubogimi, kalekami, litujemy się nawet nad zwierzętami, a tak mało pamiętamy o duszach cierpiących. A może tam cierpią nasi bliscy, krewni, znajomi? Może twój dziadek, babcia, wuj, ciocia, brat, siostra lub ktoś bardzo ci drogi czeka na twoją pomoc… Czy nie pomożesz? Czy nie chcesz ulżyć i skrócić strasznych cierpień czyśćcowych komuś z bliskich twemu sercu? Duszom w czyśćcu najwięcej możesz pomóc, gdy za nie ofiarujesz Mszę św. Tak często służysz do Mszy św. Wystarczy wzbudzić intencję, że tę Mszę św. Ofiarujesz za dusze w czyśćcu. Poza tym możesz ofiarować przyjęte Komunię św., modlitwy, dobre uczynki, drobne cierpienia. Módlmy się często za zmarłych: - Za zmarłych w naszej rodzinie. - Za zmarłych naszych rodaków. - Za zmarłych, którzy nie mają przyjaciół. - Za zmarłych, którzy najdłużej przebywają w czyśćcu. Te dusze będą się cieszyć, jeśli wyprosimy im skrócenie cierpień czyśćcowych i sprawimy, że wcześniej wejdą do nieba. Pamiętajmy, że nie tylko dusze w niebie mogą się za nami wstawiać u Boga, ale również dusze w czyśćcu mogą wypraszać dla nas wiele łask u Boga. Ć w i c z e n i e p r a k t y c z n e. Przechodząc kolo cmentarza ministrant zmówi modlitwę: „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen”.
ZASADA III MINISTRANT ZWALCZA SWOJE WADY I PRACUJE NAD SWYM CHARAKTEREM.O b j a ś n i e n i e z a s a d y. W III zasadzie ministranta chodzi o zachęcenie go do pracy nad sobą. To bardzo trudna praca. Każdy opiekun ministrantów często spostrzega, że jego chłopcy, nawet ci, którzy chętnie się spowiadają, uczestniczą w rekolekcjach i dniach skupienia, przeżywają te praktyki, jako coś narzuconego, coś zewnętrznego. Tymczasem w tych praktykach religijnych chodzi o ich własny wysiłek, świadomą pracę nad sobą, o aktywną postawę wobec siebie. Tylko taka postawa psychiczna może przemieniać chłopców. Jeżeli bywa tak, że po kilku latach pełnienia obowiązków ministranckich, chłopcy nie stają się lepsi, to główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest prawdopodobnie fakt, że nigdy nie zaczęli sami pracować nad sobą. Tragedią współczesnego świata jest nie nadążanie kultury duchowej za kulturą materialną, przecenianie ludzkiego poznania przy równoczesnym niedorozwoju moralnym. Wcześniej czy później ludzkość zrozumie, że jedno jest tylko wyjście z tego impasu: Przeniesienie punktu ciężkości w edukacji z przyswajania wiadomości na kształtowanie charakteru. Szkoła / nawet lekcje religii / nastawiona jest na zdobywanie wiedzy. Opiekun ministrantów winien zwrócić szczególną uwagę na wychowywanie, a później na zdobywanie wiedzy . P o g a d a n k a p i e r w s z a. KONIECZNOŚĆ PRACY NAD SOBĄ. Młodzi chłopcy najchętniej zajmują się sportem. Was – drodzy chłopcy – sport też interesuje. Może znacie dobrze przepisy gry w piłkę nożną. Niejeden z was powiedziałby mi, kto jest najlepszym polskim bramkarzem, kto strzela najpiękniejsze bramki, kto z piłkarzy polskich gra w klubach zagranicznych itd. W sprawach sportowych orientujecie się świetnie. Jest jednak ktoś, kogo powinniście znać doskonale, a znacie go pobieżnie, albo nie znacie go wcale. O kogo chodzi? O ciebie…o ciebie… o każdego z was. Drodzy chłopcy wy znacie siebie bardzo mało, albo nie znacie siebie wcale. Może to dziwne, lecz niestety prawdziwe. A przecież to wstyd, by młody chłopiec, który świetnie orientuje się w sporcie, w geografii, w historii nie znał własnego serca, nie znał siebie. Na frontowej ścianie świątyni delfickiej Grecy umieścili następujący napis; „Poznaj samego siebie”. Tak1 Poznaj samego siebie. Poznaj swoje serce. To sprawa niezwykle ważna. Wszyscy wiemy, że tylko ten kierowca potrafi bezpiecznie jeździć, który zna swój pojazd, który wiej, jak regulować dopływ gazu, jak hamować, jak zmieniać biegi. Kierowca, który nie zna swojego pojazdu spowoduje wypadek, narażając swoje życie i zdrowie oraz niszcząc pojazd. Tak samo chłopiec, jeśli nie pozna siebie, swego serca może spowodować katastrofę własnego życia, gdyż tkwią w nim siły, które ściągają go w dół, które pchają go do złego. Dlatego – drodzy chłopcy – by uniknąć katastrofy w życiu, trzeba koniecznie poznać samego siebie. Trzecia zasada: „Ministrant zwalcza swoje wady i pracuje nad swym charakterem”, wskaże wam sposób dojścia do celu – do poznania siebie. Jeden malarzy włoskich namalował wstrząsający obraz: Ludzkie serce, a nim pełzające żmije. Chciał w ten sposób wyrazić prawdę o grzechu pierworodnym. Wiemy z katechizmu, że gdy pierwsi rodzice przekroczyli Boży zakaz i zgrzeszyli w ich sercach nastąpiła tragiczna przemiana. To serce, które dawniej lgnęło do Boga teraz zaczęło wyraźnie lgnąć do złego. Co się stało? Pojawiły się w sercu ludzkim wady i złe skłonności, które wspomniany malarz przedstawił, jako syczące żmije. To serce obciążone wadami, skłonne do złego, pierwsi rodzice przekazali nam. Dlatego tak trudno jest być dobrym. Wiesz np., że twoim obowiązkiem, po powrocie ze szkoły jest odrabianie lekcji. Otwierasz zeszyt, bierzesz długopis i zabierasz się do odrabiania lekcji. Nagle słyszysz 3 krótkie gwizdy, Rzucasz odrabianie lekcji i biegniesz do kolegi. Ten stoi pod drzewem i przerzuca piłkę z nogi na nogę. - Idziesz grać? Staszek i Benek już są na boisku…Razem będzie dwunastu. Nie wiesz, co odpowiedzieć. Przed twoimi oczami staje boisko, bramka i 12 graczy. Widzisz nawet, jak Staszek prowadzi piłkę skrzydłem, podaje, ty ją przejmujesz, mijasz dwóch obrońców, strzelasz i gol… Już chcesz iść z kolegą, ale coś ci mówi w głębi duszy: „Są do odrobienia lekcje … obowiązek. Jeszcze przez moment się wahasz. W końcu zwycięża piłka. Zamiast pisać wypracowanie, idziesz kopać piłkę. Chciałeś postąpić dobrze i spełnić swój obowiązek, a jednak go nie spełniłeś. Wiesz, że nie wolno kłamać, a jednak kłamiesz. Rodzicom trzeba być posłusznym. A czy zawsze jesteś im posłuszny? Dlaczego tak dziwnie postępujesz? Dlaczego widzisz dobre rzeczy i pomijasz je, a wybierasz złe? Odpowiedź jest prosta. W naszym sercu tkwią niewidzialne siły, jakieś tajemne moce, które pchają do złego, do grzechu. Siłami tymi są nasze złe skłonności czyli wady: Egoizm, lenistwo, kłamstwo itp. I z tymi wadami musimy walczyć. Pierwsze zarazki gruźlicy nie są groźne dla organizmu, ale jeśli ich się nie zwalczy od razu, jeśli pozwoli im się rozmnażać, obejmą całe płuca, zagrożą życiu i człowiek umiera. Tak samo jest z naszymi wadami. Z początku są małe, nawet nie groźne, ale gdy się rozrosną i zapuszczą korzenie, mogą spowodować katastrofę. Niedawno gazety podały przerażającą wiadomość. W jednej ze wsi rozgniewany ojciec rodziny chwycił za siekierę, zabił swoją żonę i dwuletniego synka, a potem sam wskoczył do studni i się utopił. Oto, do jak strasznej zbrodni doprowadziła jedna nieopanowana namiętność – gniew. Gdyby trochę pracował nad sobą i starał się opanować swój gniew, na pewno nie popełniłby tak strasznej zbrodni. Tak samo Judasz, gdyby walczył w młodości z chciwością, nie skończyłby tak marnie. Niestety, Judasz nie walczył ze swoją wadą. Chciwość opanowała go do tego stopnia, że zdecydował się na krok hańbiący – na zdradę Pana Jezusa, a potem na rozpacz i samobójstwo. Następne pogadanki ukażą nam sposoby walki z wadami. ks. mgr Bernard Twardowski
|
||||
|
|
||||
|
Krąg Biblijny |
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|
||||
|
|